Przysypany(a) zgiełkiem, przeciążony(a) temperaturą, przygnieciony(a) zobowiązaniami, zdyskomfotowany(a) niedostępnościami dóbr, zdeprymowany(a) niezrozumieniem i rozgoryczony(a) tym wszystkim, czego nie akceptujesz, nie rozumiesz i nie znosisz, i tak zwyczajnie, po ludzku, znużony(a), wyczerpany(a), zniechęcony(a) bolączkami codzienności, wyczerpany(a) fizycznie i mentalnie, możesz wydobyć jeszcze jeden pokład sił, którymi da się odzyskać orientację w domenie życia.
Będąc w drodze, przy każdej przesiadce na kolejny jej etap uświadamiam sobie, że nie jestem sam. Człowiek nigdy nie jest sam, ale nie zawsze o tym wie. I nie mam tu na myśli faktu, że mamy swoich kochanych na wyciągnięcie rąk (nie zawsze…, to prawda), bliskich i znajomych (w realu). Każdy człowiek w jakiś sposób znajduje się w styczności i współzależności z innymi osobami. Zupełnie innego gatunku relacją jest wiara, czyli osobiste odniesienie do Pana Boga. Jej doświadczanie (które jest łaską) pozwala człowiekowi zawsze zyskać łączność z obecną najbliżej i najbardziej zatroskaną o nas – ludzi widzianych „po imieniu” – uosobioną Miłością.
Dzisiaj jednak moją uwagę przykuła świadomość, że obok mnie są osoby, których… nie znam, a które, choć z różnym bagażem i z niepowtarzalnymi indywidualnymi uwarunkowaniami, są na tej samej drodze. Jedni są na jej początkowym odcinku, inni jakby dalej już dotarli. Dla jednych większość sytuacji eskapady, jakie ja już znam, jawi się jeszcze jako zakrzywiony tunel z nieznanym celem. Dla drugich, będących przede mną, horyzont maluje się w odcieniach zmroku, gdzie granica lądu i głębokiej toni jest zamglona. Wywołuje to niepewność, lęk czy nawet żal lub złość lub (paradoksalnie) pogodzenie się z zaistniałym limitem i skłonność do maksymalizacji wykorzystania zasobów nieobjętych zakazami. Są z całą pewnością i tacy, jak ja, poruszający się po trasie w trybie dającym się określić jako stabilny i nawet nie rokujący dodatnich wyników, co (wbrew odruchowemu skojarzeniu) może być dobrą prognozą.
Istnieje w muzyce, kreowana wyobraźnią kompozytora, czasem wirtuoza czy wokalisty zdolnego do improwizacji, technika nazywana „punctus contra punctum”, co można tłumaczyć „nuta przeciw nucie”. Ten fenomen zapisywany na pięciolinii można chyba uznać za metaforę życia człowieka, które jest nieustannym kontrapunktem. Kontrapunktem wewnętrznym, w którym dobro i zło, szczęście i rozpacz, bogactwo i bieda, witalność i paraliż, sukces i porażki splatają się. I kontrapunktem zewnętrznym, gdy człowiek zdobywa się na to, by dostrzec egzystencjalne usytuowanie drugiej osoby. I to właśnie oba nurty doświadczane wewnętrznie i zewnętrznie przywracają równowagę osobistą i w kontaktach z innymi ludźmi.
Nie można pod żadnym pozorem zapominać, że wokół nas są inni ludzie. Że jest drugi człowiek. Człowiek taki, jak ja, jak ty.











