Chadzam na koncerty coraz rzadziej, w teatrze nie byłem dawno, w kinie jeszcze dawniej. Moje życie kulturalne wpadło do przerębli z lodowatą wodą nienadążania za tym, co zasługuje na uwagę i przeżycie. Książki są ostatnim bastionem, którego bronię wbrew rozmaitym podszeptom i uśmieszkom.
O tym, że dobrze jest opuścić zgiełk wszelkich duopoli i skierować się ku wartościom, które łączą, przekonuję się za każdym razem trafiając na wydarzenie nasycone muzyką. Lubię też muzyki słuchać na przykład w trakcie jazdy samochodem. Gdy smog sporów i wszechobecne bzyczenie nabzdyczonych oponentów sceny politycznej przesłania wspólnotę celów, oddychanie czystym powietrzem tego, co ponadczasowe, ułatwia przeżycie w otaczającym bezładzie czy bezcelowości. Muzyka klasyczna, czasem też muzyka z kategorii popkultury dostarcza owego tlenu dla umysłu i serca, bez którego można byłoby się udusić skrzeczeniem półprawd i półkłamstw czy brzęczeniem iluzji i złudzeń.
Jeśli wszystko parzy i rani, tkliwość piękna i dobra jest lekarstwem dla duszy. Nawet, a może szczególnie, dla tej poobijanej, pogruchotanej i bezbrzeżnie osamotnionej. Jak często czujemy się tacy właśnie posiniaczeni rozczarowaniami, zawodami, krzywdami i niezrozumieniami? Jeśli miałbym pisać o sobie, to przyznam, że łapię się na tym, że nie dość stanowczo i czytelnie wyrażam swoje przeczucia czy przekonania, za co miewam pretensje do siebie. Nie do innych, bo nie mogę przecież spodziewać się zrozumienia, jeśli nie wypowiadam się dość asertywnie. Jeśli nie jestem dość opiekuńczy i czuły dla innych, jakże mógłbym oczekiwać wyrozumiałości czy delikatności w stosunku do mnie? Inną sprawą jest reguła, w myśl której nie zawsze bycie dobrym dla innych musi się spotykać z takim samym odzewem, a nawet bywa traktowane jako naiwność i pretekst do wykorzystywania spolegliwości czy zaufania. Jednak przed podporządkowaniem się tej zasadzie zdołałem się raczej uchronić, dzięki Bogu i dobrym ludziom.
Wracając do tematu koncertów, dostrzegam w nich, a właściwie przez muzykę, której wtedy słucham, to co lepsze na tym świecie. Podziwiam kompozytorów zdolnych przenieść brzmienia z wyobraźni na pięciolinię. Jestem pod wrażeniem instrumentalistów i wokalistów wydobywających z nut dźwięki, które niezależnie od swojej linii i stylistyki wyprowadzają słuchacza z zapylonego bezładnym lub generowanym hałasem otoczenia do parków i lasów, gdzie głęboki oddech jest swego rodzaju resuscytacją umysłu i serca. Odnową duszy.
Byłem wczoraj na „Kłodzkim Kwadransie Organowym” – jednym z szeregu spotkań z muzyką klasyczną i jej otoczeniem kulturowym. Wydarzenie było dla mnie o tyle cenne, że miało miejsce w bliskiej mi duchowo kaplicy pw. św. Marii Magdaleny w Kłodzku. Muzyczne wątki wykonane na jakże skromnym, bo 8-głosowym instrumencie, do którego powietrze tłoczyć ręcznie musi kalikant, działającym tylko dzięki zabiegom i ofiarności pasjonatów sztuki sakralnej z Fundację Musicalia Glacensia, uzmysławiały, że dzieła mistrzów są zawsze piękne. Nawet wówczas, gdy przywracane są zmysłowi słuchu dzięki nadzwyczajnemu talentowi i determinacji wirtuozów. Subtelne piękno muzyki wydobywane w tak złożonych okolicznościach brzmi jeszcze wydatniej.
Koncert poprzedziła odpustowa Msza św. sprawowana w rycie trydenckim. Słuchanie i obserwowanie liturgii, obecność w bliskości ołtarza, na którym celebrowana jest pamiątka zbawczej Męki Pana, poczucie więzi z pokoleniami, które w tej kaplicy i niepoliczonej ilości miejsc na świecie, modliły się i modlą w ten sam sposób, jest dla mnie za każdym razem absolutnie regenerującym duchowo doświadczeniem wiary katolickiej i jej ciągłości w Kościele. I jedności z Kościołem.











