Mężczyzna może być obserwatorem, może wspominać dawne czasy, gdy to miejsce tętniło życiem. Patrzy nie na ruiny, ale ku temu, co poza nimi.
Zdjęcie oddaje poczucie straty i upływu czasu. Może też symbolizować wiarę lub duchowość w obliczu zniszczenia – krzyż wisi mimo wszystko, a światło z okna sugeruje, że coś trwa dalej, nawet w ruinie. To zdjęcie mogłoby być kadrem z filmu dokumentalnego o opuszczonych miejscach sakralnych lub artystyczną metaforą upadku i odkupienia. Zdjęcie jest nie tyle dokumentem fizycznej ruiny, ile wizualną przypowieścią o kondycji duchowej człowieka w świecie po katastrofie. Każdy element jest nośnikiem wielowarstwowego sensu; razem tworzą spójną ikonografię upadku, pamięci i potencjalnego odrodzenia. Okno to przejście między światem a Światłem.
Tak sztuczna inteligencja zinterpretowała zdjęcie wykonane ponad 25 lat temu. Znalazłem się wówczas w mieszkaniu, które uległo pożarowi. Jedynym przedmiotem, który nie uległ sile ognia był krzyż na ścianie. Fotografia nie jest ostra, bo autor ujęcia nie skupiał się na pikselach, ale na tym, by udokumentować sytuację. Po raz pierwszy znajdowałem się w takich okolicznościach i zdałem sobie sprawę, że przywrócenie mieszkania do użyteczności oznaczać będzie wymianę wszystkiego do żywej cegły. Czasem wracam w wyobraźni do tego wydarzenia i uzmysławiam sobie, że widzę na nim… ciszę.
Taka sama cisza musi towarzyszyć każdemu człowiekowi przechodzącemu przez sytuację egzystencjalnie graniczną. Przestaje być turystą zwiedzającym otaczający świat i przeistacza się w pielgrzyma po ruinie. Otoczenie przestaje być tłumną agorą i okazuje się stanowić bezludną przestrzeń. Człowiek, który przeżył upadek sensu stoi na progu pytania: czy coś jeszcze można ocalić, a może koniecznością jest budowanie od początku?
Ćwierć wieku temu nie mogłem przypuszczać, że otrzymam powołanie do tego, by mierzyć się z rzeczywistością kryzysu o innych, niż tamte, cechach. Jest bowiem sporo przesłanek, by sądzić, że pożary trawią ludzkie serca, umysły, a nawet dusze. Nikt nie jest z tego żywiołu wyłączony i nic nie jest oddzielone barierą zwalniającą z troski o przywracanie sensu życiu indywidualnemu i wspólnotowemu. Tym, czego potrzebujemy najbardziej to właśnie ów sens – gubiony, palony, odrzucany, bo wydaje się nam, że można napędzać swój i innych byt tym, co doraźne.
Czekanie na współczesną Weronikę dotyczy tak samo pojedynczych ludzi, jak i Kościoła, który jest Mistycznym Ciałem Chrystusa. Zmęczone, skrzywdzone, zlinczowane oblicze Pana pragnie przynoszącej ulgę chusty, na której świat, ale przede wszystkim każdy człowiek, ujrzy spojrzenie miłości. Ujrzy w tym spojrzeniu światło przenikające nawet tam, gdzie – jak się może zdawać po ludzku – już nie ma czego rozświetlać.
Ufam, że nie będę tego światła przesłaniał, ale nim wiedziony, będę umiał wskazać jego źródło tam, gdzie dominować chce mrok czy nawet ciemność. Ufam, że nie będę zagłuszał niczego z tego, co ogłuszeni zgrzytem i zgiełkiem świata mają usłyszeć od Pana.










