Samo słowo „polityka” działa na wielu ludzi jak czerwona płachta na byka. Słowo „moralność” kojarzy się z nużącym moralizowaniem. Apelowanie o „moralność w polityce” zdaje się być w najlepszym przypadku anachronizmem lub naiwnością. Powinno być „pierwszym primo”!
Truizmem jest twierdzenie, że politycy coraz mniej przejmują się moralnością, a zasady moralności politycy traktują jako parawan swojej hipokryzji. Gdy nie ma dnia, aby świat polityki nie zbulwersował kolejnym skandalem; gdy mnożą się deklaracje o wyjaśnieniu „do spodu” jeszcze jednej niegodziwości w życiu publicznym; gdy dochodzi do zdarzeń, które powinny wszystkich postawić w jednym szeregu, a stają się polem następnej polaryzacji; gdy słysząc polityków przeczuwamy kolejną manipulację; gdy dowiadujemy się, że „co wolno wojewodzie, to nie tobie…” – stawiamy się w pozycji poddanego nieznośnej amoralności polityków.
Ile razy tylko w ostatnich dniach czy tygodniach dowiedzieliśmy się o tym, że politycy zajmują się sobą naszym kosztem? Jak często łapiemy się na myśli o politykach, że nikomu już nie można wierzyć, że wszyscy są tacy sami, że są warci siebie? Co czujemy słysząc lub widząc, że opinie i decyzje polityków są ewidentnie przeciwne zdrowemu rozsądkowi, przyzwoitości i prowadzą w złą stronę?
Odpowiedzialność, rozwaga, bezstronność, obiektywizm, długofalowość, systematyczność, rzetelność, wrażliwość, bezinteresowność, konsekwencja, skromność stanowią drużynę cech przegrywającą na medialno-marketingowym boisku. Cichy, bo pozbawiony medialnego wzmacniacza, głos zwykłych ludzi, których mniej lub bardziej bezpośrednio dotykają skutki (koszty) decyzji podejmowanych na różnych szczeblach władzy publicznej nie jest słysza(l)ny w gwarze debat „gadających głów”.
Często, nawet bardzo często, zawiadowcy tych dyskusji (czyli dziennikarze, a jeszcze intensywniej osoby podające się za dziennikarzy i będące w rzeczywistości reprezentantami stron w politycznym sporze) dolewają przysłowiowej „oliwy do ognia”. Prowadzone przez nich audycje radiowe, programy telewizyjne czy redagowane wywiady prasowe zyskują ostrość, a przez to zyskują na wskaźnikach odbioru (co z kolei przysparza wydawcom i właścicielom wymierne zyski). Zamiast precyzji sformułowań otrzymujemy chwytliwe bon-moty; w miejsce argumentów pojawiają się stereotypy i skojarzenia, deklaracje programowe zastępowane są formułowanymi na poklask (i ad hoc) frazami wyglądającymi na solenne obietnice.
Teatralizacja polityki (w wydaniu niektórych polityków i frakcji rzekłbym nawet o kabaretyzacji) pozbawia ją wymiaru służby, charakteru misji i mocy oddziaływania. Podpierane są wprawdzie widowiskowe fasady systemów demokratycznych, ale za nimi toczy się, niekiedy bardzo zdystansowana do demokracji i daleka od logiki dobra wspólnego, rywalizacja grup interesu. Życie polityków i osób zależnych od nich zamienia się w klientelistyczną sieć zależności. Konsekwencją tego jest kastowość. Polega na alienowaniu z obawy przed włączeniem się w procesy zachodzące w tej sieci nowych osób i kolejnych grup, które mogłyby zmniejszyć poziom satysfakcji tych, którzy dotąd znajdują się w kręgu rzekomej elity.
W opisanej wyżej dżungli mechanizmów, wobec których zarówno uczciwy polityk (są tacy!) i zwyczajny człowiek (my!) mogą czuć się bezradni. Arbitrami opinii zbiorowej (między innymi w wyborach) stają się coraz częściej postpolitycznie usposobieni odbiorcy wrażeń i wykształceni na emocjach konsumenci korzyści, formowani (hodowani) przez sztaby spin-doktorów. W żargonie wyborczym są określani jako „niezdecydowani”. Rzeczywisty spór (który jest czymś naturalnym w polityce) o idee, o wartości, o dobro wspólne, o realne pożytki ląduje na marginesie przestrzeni polityki, w której rozpychają się uczestnicy gry interesów.
Polityk wypowiadający słowa: niegodne, nieprawdziwe, krzywdzące, manipulujące, nieprzemyślane, nieparte wiedzą, niezwiązane z życiowym doświadczeniem, zbyt łatwo nie bierze pod uwagę faktu, że historia toczy się kołem, pokrętne słowa zostają w pamięci, a władza raz dana, nie jest bezterminowa.
Obstaję przy poglądzie, że w polityce pierwszeństwo mają cele, a nie środki, które celów nie uświęcają. Gdy zaś mowa o celach i środkach do celu, to wkraczamy w domenę moralności. Pewnego dnia pojawi się polityk tak oddany prawdzie, że będzie za nią podążał świadomy tego, iż czyniąc to zmierza w kierunku porażki. Tego dnia nastąpi przywrócenie polityki zasad; tego dnia nastąpi również odrodzenie narodu – napisał arcybiskup Fulton J. Sheen w książce „Komunizm i sumienie Zachodu” wydanej w roku 1945. To był czas, w którym ludzie, szczególnie w Europie, znajdowali się jeszcze w mentalnych okopach wojny wywołanej przez polityków w Niemczech czy Związku Sowieckim kierujących się w istocie złowieszczymi impulsami.
Jak mówił Fulton J. Sheen, obecnie nie jesteśmy świadkami upadku Kościoła, lecz śmierci egocentrycznej cywilizacji, która pragnęła zwycięstwa egoizmu, a przeciwstawne siły próbowała równoważyć tolerancją rozumianą jako zobojętnienie na prawdę lub odwoływaniem się do narzucanej z zewnątrz organizacji mającej zrekompensować utratę osobistych cnót i sił życiowych.
Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w 2026 roku widzimy pejzaż życia zbiorowego w Polsce, w Europie i na całym świecie, bardzo podobny. Mówi się o „upadku Kościoła”, podczas gdy w konwulsjach demografii, paraliżu ekonomii i drgawkach kulturowych znajduje się cywilizacja pierwszych dekad XXI wieku. Kościół ma tu do spełnienia dziejową misję.
Leon XIV, w Pałacu Królewskim w Madrycie, 6 czerwca 2026 r., podczas spotkania ze światem polityki na czele z królem Filipem VI, wskazał na kierunek metamorfozy, jaką przejść musi świat polityki, aby był otwartym polem służby, a nie zamkniętym kręgiem posiadania.
Dzisiaj pokusa zdobywania popularności przez podsycanie ognia polaryzacji wydaje się raczej narastać niż słabnąć, a godność ludzka wciąż jest naruszana. Dlatego potrzebujemy kultury, życia wewnętrznego, wolnej i rzetelnej edukacji, potrzebujemy transcendencji. (…) W imię umiłowania prawdy wzywam wszystkich do porzucenia narracji dzielących i polaryzujących waszą rzeczywistość społeczną oraz jej historię, aby przejść od jałowych uproszczeń do owocnego docenienia złożoności. (…) Doceniać złożoność i ją badać, uczyć się nie negować jej, lecz przeżywać ją jako błogosławieństwo; wystrzegać się takiego zamykania rzeczywistości w kategoriach tożsamości, które zdaje się wszystko wyjaśniać, a tymczasem zaludnia świat widmami i wrogami – oto zadanie tych, którzy mają za sobą wielką historię.
8 czerwca 2026 r., już w Kongresie Deputowanych (odpowiedniku polskiego Sejmu), nawiązując między innymi do skarbów kultury hiszpańskiej, papież przypomniał słynną powieść z 1605 r. „Przemyślny szlachcic Don Kichot z Manczy”, w którym Miguel de Cervantes pisał, że „wolność jest jednym z największych darów, jaki niebo ziemi dać mogło”. Sięgnął po metafizyczne przeświadczenia Miguela de Unamuno, który w dziele z 1984 r. pt. „O poczuciu tragiczności życia wśród ludzi i wśród narodów”, głosił przekonanie, że człowiekowi „nie godzi się umrzeć całkowicie”. Papież Leon XIV zwrócił się do polityków i wskazał co jest nośnikiem nadziei na moralność w polityce.
Świat przeżywa głęboki kryzys duchowy i kulturowy, który przejawia się w licznych formach przemocy, polaryzacji i wzajemnej nieufności. W tym kontekście pokój jawi się jako aspiracja polityczna, a jeszcze bardziej jako prawdziwy wymóg moralny. Domaga się on języka publicznego szanującego tych, którzy myślą inaczej; instytucji służących spotkaniu; pamięci historycznej poszukującej prawdy i pojednania; a także życia społecznego zdolnego podtrzymywać obywatelską przyjaźń i wzajemny szacunek pomimo różnicy poglądów. (…) Pokój buduje się i chroni także poprzez język. Słowa mogą otwierać drogi albo je zamykać; mogą rozjaśniać rzeczywistość albo ją zniekształcać do tego stopnia, że spotkanie staje się niemożliwe. Ci, którzy sprawują odpowiedzialność publiczną, mają zatem szczególny obowiązek strzec słowa, aby „rozbrajać język”. Stanowczość nie wymaga pogardy, a różnica zdań nie musi prowadzić do upokarzania.
Politycy to ludzie jedni z nas. Nie biorą się znikąd, a ich pozycja i wpływy sięgają tak daleko i tylko tak daleko, jak na to pozwolimy. Nie są – mimo zasiadania w kokpicie życia publicznego – zupełnie niezależni od naszej woli. Początek polityki jest bowiem w nas i wynika z naszej woli.
Giermek Sancho Pansa uosabiał zdrowy rozsądek. Był bystrym obserwatorem, w przeciwieństwie do żyjącego w ciągłej iluzji rycerza Don Kichota. Gdy jego pan walczył z niewidzialnym wrogiem, sługa powtarzał: „Zważcie jegomość, że to, co tam się ukazuje, to nie żadne olbrzymy, ino wiatraki”. Ta metafora jest dobrym opisem konfliktu, jakiego jesteśmy świadkami i uczestnikami pomiędzy realiami codzienności, z jakimi musimy się zmagać a rzeczywistością, której narracje i interpretacje snują nam przed oczyma politycy. Im większy jest rozziew pomiędzy tym, co widzimy, a tym, co o tym, co widzimy mówią nam politycy, tym gorzej (powinno być) dla tych polityków.
Ponoć nieobecni nie mają głosu, a zatem trzeba być obecnym. Niekoniecznie jednak trzeba wyrażać poglądy czy proponować swoje idee pod czyjeś dyktando czy też w ramach schematu, jaki jest nam narzucany nieznośnym zjawiskiem tzw. politycznej poprawności. Nie można przyjąć poglądu skazującego zwykłych obywateli na rolę wyborczej maszynki, a zatem kwestionującym sens demokracji. Przyjmując tak deterministyczne stanowisko godzilibyśmy się z pozbawieniem wspólnego dla każdego człowieka, prawa do samostanowienia o sobie i prawa do wpływania na bieg spraw wspólnoty, w jakiej razem żyjemy.
Tak długo, jak nie nastąpi radykalny zwrot w kierunku moralności w polityce i moralności polityków, tak długo będziemy jako społeczeństwo w imadle, którego śrubę dokręcają politycy, dla których prawda i dobro wspólne są frazesami. Odpowiedź na tytułowe pytanie jest jedna. Polityka musi być podporządkowana moralności.
Tekst dedykowany dla serwisu wAkcji.24.pl












