Ulicami miast na całym świecie codziennie przemieszczają się miliony ludzi. Ulicami mojego miasta poruszają się tysiące, bo to małe miasto. Niezależnie od tego, gdzie toczy się nasze codzienne życie, przeważnie nie mamy czasu lub ochoty, brakuje nam wiedzy lub motywacji, by zagłębiać się i odczytywać otaczające nas oznaki istnienia miasta jako narastającego z pokolenia na pokolenie zapisu jego tożsamości. Być może z tych samych przyczyn nie zauważamy, że nasze miasto, nasze miasta… zanikają.
Palimpsest…
Po raz pierwszy z prawdziwymi palimpsestami zetknąłem się ćwierć wieku temu w klasztorze Świętej Katarzyny na Synaju w Egipcie. Ze względu na to, że w początkach piśmiennictwa materiał, na którym zapisywano teksty, był bardzo drogi, zdarzało się, że pierwotne treści ścierano lub zeskrobywano (stąd słowo „palimpsest”, które oznacza „zeskrobać ponownie”). Zdarza się czasem, że oryginalne pismo jest dostrzegalne na przykład na pergaminie. Korzystając z cyfrowych metod obrazowania udaje się odczytać to, co było napisane jako pierwsze. W ten sposób daje się odzyskać oryginalny tekst niemal w całości. Dlaczego opowiadam tu o palimpsestach?
Miasta – każde miasto – to palimpsest. Trzeba się czasem natrudzić, by dojść do zaszyfrowanego przekazu z przeszłości, aby odczytać go jak najwierniej i jego treścią zasilać teraźniejszość. Gdybyśmy umieli tę pracę doceniać i czerpać z jej efektów, być może nie dopisywalibyśmy na tej samej materii tak wielu bazgrołów i fatalnych w swojej wymowie znaków. Nie dodawalibyśmy do najnowszej historii czy aktualnych relacji z życia miast irracjonalnych sporów, nonsensownych rozstrzygnięć i być może nie dodawalibyśmy następcom balastów. Może byłoby nam łatwiej znajdować wspólny język (co nie musi być tożsame z jednolitością poglądów i upodobań). Zdolni jesteśmy dopisywać kolejne warstwy palimpsestu miasta, aby pozostawić po sobie pozytywne przesłanie?
Miasto…
Miasto to nie jest tylko punkt na mapie, jednostka administracyjna czy ogniwo większego organizmu, jakim jest państwo. To nawet nie jest jedynie zbiorowisko mieszkańców identyfikowane przez kod pocztowy czy też kod IP w sieci. Mówi się czasem o unikalnym wizerunku miasta. Jeśli uznać to za potocznie użyte określenie lub zastosowane w kontekście tzw. marketingu miejskiego, to można je tolerować. Jednak miasto (każda zresztą miejscowość) ma swój niepowtarzalny… pejzaż, czyli przede wszystkim krajobraz społeczny. Miasto jest niesione nurtem minionych lat oraz tego, co dzieje się dzisiaj i perspektywami na przyszłość. Im mniej jest spójności w tych sekwencjach swoistego pasma genetycznego, tym słabsze jest miasto.
Sprowadzanie miasto do roli tzw. „projektu”, do poziomu produktu, kompleksu usług, areału funkcji, jest jego instrumentalizowaniem. Zredukowanie miasta do poziomu giełdy, na której zawiera się korzystne lub wymuszone transakcje, traktowanie miasta jako placu, na którym to czy tamto można kupić / sprzedać, wyznaczenie miastu roli przedmiotu w strategiach nakierowanych na osiąganie celów dalekich miastu nie tylko w sensie geograficznym, pozycjonowanie miasta tak, by było jedynie trybikiem w jakiejś nieoznakowanej machinie czy trampoliną dla anonimowego gracza – to wszystko stanowi antytezę, wręcz zamach na tę wspólnotę.
Mieszkańcy…
Istotą miasta są jego mieszkańcy, a nie infrastruktura. Zamiana rzeczywistej wspólnoty, jej destruowanie czy zatruwanie procesu jej rozwoju, stawianie na nominalną społeczność, ubieranie jej w fasadę samorządności i innych temu podobnych dekoracji zasłaniających rzeczywiste uprzedmiotowienie i merkantylizację miasta, jest toksyczne. Wcześniej czy później musi prowadzić do deprecjacji miasta oraz przypisywania mu podrzędnych funkcji.
Zawiadujący miastem stają się poborcami danin, wodzirejami i konferansjerami. Tak naprawdę nie są już liderami. Choć tak potrafią ogłaszać swoje nadejście w kampaniach wyborczych i tak nazywają swoją obecność wśród mieszkańców czy do tego przekonują niezorientowanych przybyszów, w rzeczywistości nie są nawet regulatorami życia publicznego w mieście.
Ze względu na prozaiczne doświadczenie kontaktu z tzw. władzą lokalną, nie potrafimy lub nie chcemy podnieść wzroku i użyć wyobraźni, by zauważyć i uzmysłowić sobie skali napięć i obciążeń, z jakimi spotykają się osoby piastujące funkcje w gremiach stanowiących i stanowiska wykonawcze. Widzimy natomiast przejawy i doświadczamy skutków rutyny, zabetonowanych układów, poruszania się po koleinach przeciętności, ale też budzącego irytację oderwania się od rzeczywistości i nadużywania posiadanych wpływów.
Zarządzanie organizmem miasta to nie tylko wymagające coraz większej profesjonalizacji zadanie i powinno być powierzane osobom godnym zaufania. To również swego rodzaju misja wymagająca dojrzałości, odporności i odpowiedzialności. Jeśli miasto jest traktowane jako wspólnota w drodze, to zarządzanie nim wymaga równowagi idei, jakimi jest motywowany oraz równowagi wpływów, przez które idee są wcielane w życie. Gdy królują bezideowość, interesowność i transakcyjność, miasto zamienia się w tygiel lub… magiel. Błędem jest hołdowanie doraźnym celom i celebrowanie swoich swoich wpływów.
W systemie demokratycznym instrumentarium marketingowe może deformować horyzont rozeznania mieszkańców. Jednak (wcześniej lub później) tak budowana konstrukcja musi ulec erozji, co będzie jedynie początkiem destrukcji miasta. Zwiastunem tego procesu o najsubtelniejszej wymowie, ale o znaczeniu kluczowym i jednocześnie sygnałem, którego wektor nie daje się odwrócić z dnia na dzień, jest demografia. Jej wskaźniki są jak sejsmograficzne wykresy – uprzedzają o zjawisku, które… już trwa.
Wspólnota…
Esencją miejskości jest współdzielenie. Nie chodzi tu o wyzucie z prywatności, również w sferze posiadania dóbr czy też o mutację teorii o tym, że „wszystko jest wspólne”. Tym, co krystalizuje miasto i jego samorządną konstrukcję jest współ-udział i współ-odpowiedzialność. Nawet jeśli z rozmaitych przyczyn proporcje współ-uczestnictwa mogą nie być równe (wiek, stopień rozeznania, zdolność podejmowania decyzji, poziom obiektywizmu, stopień niezależności, itd.), to co do zasady, nikt nie może być wykluczony ze współ-decydowania w oparciu o współ-wiedzę.
Wbrew obawom powyższa kaskada nie musi oznaczać chaosu decyzyjnego i rozmywania autorstwa przyjmowanych rozstrzygnięć. Rodzajem bufora pomiędzy jednym celem całego samorządu a koniecznością jego skutecznego wdrożenia jest formuła przedstawicielstwa. Włodarze, radni i urzędnicy nie są suwerenem wobec mieszkańców. Nie są władzą lokalną! Ich zdolność do decydowania jest emanacją woli mieszkańców.
Pochodną współdzielenia jako osi życia miasta, jest urbanizacja. To swoiste koła, na jakich toczyć się może rozwój miasta. Faktyczny rozwój miasta rozumiany jest jako wzrost liczby mieszkańców, rozwój gospodarczy i instytucjonalny oraz wynikające z tych czynników powiększanie jego powierzchni. Polega najpierw na optymalnym wykorzystaniu terenów już będących w zasięgu elementarnego zestawu systemów i urządzeń warunkujących normalne funkcjonowanie domostw, instytucji, przedsiębiorstw, punktów usługowych, etc.
Rozwój…
Rozwój miasta musi godzić interes ogółu (za co odpowiada samorząd gminny) z potrzebami indywidualnymi (co najlepiej zostawić samym zainteresowanym). Od tego są między innymi plany zagospodarowania przestrzennego, aby samorząd, czyli mieszkańcy, określili swoją wizję istnienia i rozwoju danego obszaru jako pewnej całości. Na tej kanwie inwestorzy będą mogli realizować swoje indywidualne plany i projekty. Jeśli się tę kolejność odwraca, być może zadowoleni są ci, którzy zaspokajają swoje potrzeby i spełniają swoje cele, ale oddalamy się tym nie tylko od pojęcia wspólnoty lokalnej, ale przede wszystkim od miastotwórczego trybu postępowania. W takich okolicznościach dochodzi do podmiany miasta na pole gry interesów, w których wygrywa zasobniejszy w środki wpływu.
Ulice nie są prywatne, lecz gminne. Trzeba je zaprojektować i wybudować przewidując określony strumień pieszych, cyklistów i pojazdów, czyli cały układ komunikacyjny uwzględniający na przykład brak barier dla spacerujących z małymi dziećmi i dla osób niepełnosprawnych czy priorytet pieszych. Potrzebne są miejsca postojowe lub podziemne czy piętrowe garaże. Nie zapominajmy o komunikacji zbiorowej i dostępności do niej. Inne zadania? Proszę: dostarczenie wody, odbiór odpadów stałych i płynnych, alternatywne sieci energii elektrycznej, oświetlenie uliczne, kanalizacja deszczowa, dostęp do sieci grzewczej, sieci gazowej, „mała architektura”, zieleń z parkami kieszonkowymi, monitoring wizyjny, place zabaw i miniboiska, przychodnia zdrowia, żłobek, przedszkole, szkoła, może jakieś miejsce spotkań kulturalnych i sąsiedzkich oraz sportu i rekreacji. Im więcej ludzi, tym bardziej mogą potrzebować także swojego kościoła.
Nowo powstające osiedla rosną czasem niezwykle szybko i zamieniają się w sypialnie lub zamknięte enklawy pozbawione wspomnianych wyżej funkcji lub z ich minimalizowanym występowaniem (słynne jednoosobowe place zabaw). Z natury rzeczy nie służy to rozwojowi miasta i generuje zjawiska niesprzyjające integrowaniu lokalnej społeczności. Owszem, urzędnicy mają podatników, usługodawcy klientów, ale mieszkańcy wtapiają gigantyczne pieniądze (częstokroć z kredytów), aby uzyskać elementarne poczucie samodzielności na pustyni usług publicznych.
Rodzina…
Przyszłość miast zależy od tego czy ludzie zakładają w nich rodziny. Bez poczucia spełniania się w najważniejszej dla zdecydowanej większości ludzi sferze, jaką jest miłość kobiety i mężczyzny oraz rodzicielstwo, człowiek mniej przywiązuje się do danego środowiska i łatwiej przychodzi mu podejmować wysiłek, czasem ryzyko, migracji (szczególnie zagranicznej). Naczelnym celem samorządu – absolutnym priorytetem wszelkich strategii układanych i wdrażanych przez urzędników – powinno być dobro rodziny. Rodzina to życie. Rodzina to szczęście. Rodzina to bezpieczeństwo. Rodzina to gniazdo. Miasto, jeśli chce kwitnąć witalnością winno traktować rodzinę jako priorytet.
Każde miasto jest wspólnotą osób, z których każda obdarzona jest wrodzoną godnością nadaną przez Boga. Należy ją szanować, chronić i promować. Rozwoju miast nie można mierzyć wyłącznie wysokością budynków czy siłą gospodarki, ale przede wszystkim zdolnością do umożliwienia każdemu człowiekowi rozwoju poprzez pełne uczestnictwo w społeczeństwie i przyczynianie się do dobra wspólnego – mówił ks. Robert Murphy, radca Stałego Przedstawicielstwa Stolicy Apostolskiej przy Organizacji Narodów Zjednoczonych podczas Zgromadzenia Ogólnego z okazji 10. rocznicy przyjęcia przez Organizację Narodów Zjednoczonych Nowej Agendy Miejskiej.
Miejsce zamieszkania nie jest obojętne – to wiedzą wszyscy, którzy wybrali swoje miejsca na ziemi lub przejęli je po swoich przodkach. Mają to na uwadze także poszukujący lokalizacji pod dom czy chcący kupić mieszkanie. Jednym z czynników przesądzających o tego rodzaju wyborze jest usytuowanie wybieranego punktu w stosunku do centrum miasta (nota bene bywa nim… inne miasto). Punktem odniesienia pozostaje, jednakże jakaś centralnie położona przestrzeń. Może nim być zwyczajowo uznany środek miasta (rynek), ale też może się nim stać – szczególnie w mniejszych miejscowościach czy na wsi – inny punkt na planie zabudowy. Naturalnie jest nim miejsce pracy, szkoła, kościół, park czy przychodnia zdrowia.
Miasto ma swój środek tam, gdzie toczy się życie – nie to pozorowane, wymuszone, wynikające z mody, pospieszne, dyktowane koniunkturą czy doraźnymi celami. Nie liczba przechodniów i statystyka wydarzeń przesądzają o tym. O tym, że określona przestrzeń stanowi centrum decyduje waga spraw, jakie się w niej rozstrzygają, ich trwałość i wpływ w wielu domenach.
Każdy człowiek ma jakieś swoje życiowe centrum. Nie wkraczając w zaułki metafizyki, warto spojrzeć za okno swojego lokum albo miejsca pracy (w obu miejscach spędzamy większość czasu) i natychmiast wiemy, czy nasze życiowe, zawodowe, religijne, kulturalne, czy towarzyskie centrum jest tuż obok albo za horyzontem. Miasto to mozaika życiowych centrów, jakimi są rodziny i tej specyfice winno służyć.
Mistyka…
Mniej więcej połowa z nas mieszka w miastach. Sam Jezus chodził ulicami miast – w Kanie, w Jerychu, w Jerozolimie. I tak jak w tamtych miejscach, Chrystus jest obecny również w naszych miastach: nauczając, modląc się, świętując, ale także cierpiąc pośród ubogich, zapomnianych i uwięzionych. (…) W tym miesiącu módlmy się o odwagę rozpoznawania w nich Jezusa oraz o to, byśmy poprzez naszą pracę i świadectwo nieśli Ewangelię na ulice i do domów naszych metropolii – powiedział Leon XIV ogłaszając papieską intencję modlitewną na sierpień 2026 r. Papież zakończył refleksję o mieście modlitwą…
Panie Jezu, Dobry Pasterzu,
przemierzasz nasze ulice i place,
wchodzisz do wysokich budynków i skromnych dzielnic,
w ciszy towarzyszysz milionom ludzi,
którzy szukają sensu pośród zgiełku i pośpiechu.
Ty znasz, Panie, serce miasta:
jego blaski i cienie, jego hałas i samotność.
Wiemy, że miasta są powołane, by być miejscami wolności i szans,
ale potrafią też stać się przestrzeniami anonimowości i izolacji.
Dlatego prosimy Cię dzisiaj o odnowione spojrzenie,
zdolne odkryć w życiu wielkomiejskim
żyzną glebę do głoszenia Twojej Ewangelii.
(…)
Uczyń nas swoimi świadkami w mieście,
odważnymi i kreatywnymi misjonarzami,
którzy swoim życiem głoszą Twoją miłość –
miłość zdolną pokonać pośpiech, hałas i anonimowość.
Tekst dedykowany dla serwisu wAkcji.24.pl













