Około 170 lat temu pojawiło się sformułowanie o religii jako „opium ludu”. Karol Marks zawarł je w tekście stanowiącym krytykę heglowskiej filozofii prawa. Praktyczni spadkobiercy jego poglądów – bolszewicy – około 60 lat później zdeformowali tezę i powtarzali, że religia stanowi „opium dla ludu”, choć ich przywódca Włodzimierz Lenin trzymał się frazy marksowskiej. Francuski socjolog Eric Maigret sześć lat temu w jednym ze swoich opracowań dotyczących przestrzeni i komunikacji społecznej zauważył, że faktycznym „opium dla ludu” są media.

Opium służyło jako środek uspokajający, przeciwbólowy i odurzający. Marks, Lenin i wszelkiej maści ich pogrobowcy tak właśnie postrzegali religię, więc teza ukuta przez twórcę socjalizmu naukowego i jednego z założycieli I Międzynarodówki była nie tylko z agnostycznego punktu widzenia swoiście logiczna. Uzasadniała ponadto rewolucyjny ogień, jakim niszczono wszystko, co wyrażało religijność i palono godność, każdego, kto religijność deklarował. Mimo, iż historia wykazała irracjonalność tych poglądów, nienawistny stosunek do religii i religijności, szczególnie w jej chrześcijańskim kształcie, trwa. Dzieje się tak, jakby sami postmarksiści znajdowali się pod wpływem opium.

W skład substancji, jaką jest opium, wchodzi ok. 20 rodzajów alkaloidów wśród których znajduje się morfina. Jest najaktywniejszym czynnikiem psychoaktywnym i obok wspomnianych wyżej właściwości cechujących opium, wypreparowana (po raz pierwszy na początku XIX w.) morfina jest także depresantem, potrafi uzależniać (najpierw psychicznie, potem fizycznie). Podawana pod kontrolą lekarzy w sporadycznych sytuacjach niweluje ból nawet do 12 godzin. Jednak przyjmowana w nadmiernych dawkach skutkować może śpiączką i jak każdy opioid wywołuje tolerancję, co z kolei wymusza przyjmowanie większych / częstszych dawek substancji, co w oczywisty sposób pogłębia zależność i doprowadza do degradacji osoby podporządkowanej morfinie.

Wspomniany na wstępie francuski badacz relacji społecznych zachodzących na płaszczyźnie mediów, wyraził opinię, że są one czymś na kształt „opium dla ludu”. Podtrzymał tu frazę wymyśloną przez bolszewików. Uważa media w każdej ich postaci za wielki zsyp, z którego na umysły i serca ludzi uderzają niekończące się treści zagłuszające rzeczywiste brzmienie i zaciemniające prawdziwy obraz rzeczywistości. Co więcej, media – zdaniem Maigreta – tłoczą w przestrzeń społecznej wrażliwości olbrzymie pod względem objętości przekazy trywializujące i spłaszczające postrzeganie odniesień pomiędzy ludźmi. Idąc tokiem tego wywodu, należy zauważyć, że media są w stanie tworzyć i coraz częściej tworzą utopijną wersję świata wypierając tym samym poczucie racjonalności, odpowiedzialności i tych wszystkich cech, dzięki którym zdolni jesteśmy budować trwałe więzi, a na ich bazie współtworzyć z innymi ludźmi dobro i piękno w oparciu o obiektywną prawdę.

Na bazie powyższej (pobieżnej, co przyznaję) retrospekcji po teoriach Marksa i Maigreta, można ze sporą pewnością sformułować dwie hipotezy. Pierwsza: o ile niemiecki filozof ewidentnie mylił się zarzucając religii pozbawianie człowieka podmiotowości, o tyle francuski socjolog jest bardzo bliski prawdy, uczulając na zniewalający wpływ zdegenerowanych mediów. Druga: media usiłujące ograniczyć percepcję do bezproblemowej i zdominowanej konsumpcją perspektywy z natury swojej będą w opozycji z religią, która akcentuje to, że człowiek jest osobą, co oznacza, że o-sobie może i powinien decydować i jednocześnie nie pozbawiać tego przymiotu innych osób.

Jest jeszcze jedna, trzecia, hipoteza. Może nawet konkluzja całego powyższego wywodu. Religia afirmuje człowieka. Media są zdolne człowieka anihilować. Stykiem religii i mediów są… słowa.