Coraz szerszy jest rozdźwięk pomiędzy tym jak rozumiano dotąd, a jak postrzega się obecnie tę część społeczeństwa, o której mówimy „elita”. Oczekiwania wobec elit sięgają wysokiej poprzeczki, ale rzeczywistość bardziej przypomina nurkowanie w mętnej wodzie.
W potocznym języku i obiegowym pojmowaniu doszło do podmiany znaczenia dwóch słów. Jakich? O tym za chwilę. Pozornie znikoma korekta semantyczna przesłania nie tylko głęboką różnicę znaczeniową. Konsekwencją poważniejszą jest pomieszanie obu pojęć w praktyce życia społecznego.
- Elita – pojęcie pierwsze. Zwyczajowo za elitę uważano osoby wyróżniające się ze względu na cenione wysoko walory, o ile człowiek wzmacniał lub wzbogacał nimi daną społeczność. Mogły to być przymioty moralne, zdolności przywódcze, cechy charakteru, zdolności intelektualne, twórcze, doświadczenie życiowe lub polityczne czy choćby umiejętności w dziedzinie ekonomii czy gospodarki. Społeczeństwo odpłacało się nie tylko zbiorowym szacunkiem czy aplauzem, ale przez aklamację przyznawało pewien rodzaj uprzywilejowania lub co najmniej respektu. Z elit wybierano ludzi do pełnienia istotnych funkcji lub awansu w sferze publicznej, aby mieć dużą dozę pewności, że osoba, której powierza się odpowiedzialność za dobro wspólne, nie sprzeniewierzy zaufania i wykorzysta swoje atuty dla dobra wspólnego. Ludzie elity, będąc w istocie na samej powierzchni życia zbiorowego, poddawani byli testowi prawdziwości przypisywanych im walorów, a tym samym uprawnieniu do partycypowanie w elicie. Przynależność do elit nie zwalniała z pracy nad sobą i pracy dla innych.
- Śmietanka towarzyska – pojęcie drugie. Potocznie to grupa czy nawet środowisko ludzi, które przez swoją aktywność czy dzięki swoim zasobom lub wpływom, jest postrzegana jako krąg osób ważnych. Uważa się, że z opinią czy życzeniami tych osób lepiej się nie konfrontować czy bezpieczniej jest unikać ich kwestionowania. Zajmując newralgiczne pozycje w strukturze społecznej hierarchizują ją nie ze względu na wkład w dobro wspólne, lecz pod kątem możliwości czerpania z niego osobistych czy partykularnych korzyści. Ludzie tacy nie muszą dysponować wypracowanymi osobiście sukcesami, bo genealogicznie lub koniunkturalnie nabywają dostatecznie dużo środków nacisku, aby utrzymywać lub powiększać swoją przewagę nad innymi nawet bez racjonalnych powodów. Są bowiem znani z tego, że… są znani. Silne „ego” sprawia, że nie oglądają się na innych i nie oszczędzają łokci, aby korzystając z szerokich pleców albo innych nieformalnych sposobów, utrwalać własną pozycję poprzez mechanizmy przypominające funkcjonowanie kast lub dynastii. Udział w śmietance towarzyskiej bywa trampoliną kariery w życiu publicznym mimo, niekiedy drastycznego, deficytu kompetencji do sterowania czy zarządzania życiem zbiorowym.
Jeden i drugi krąg społeczny (warstwa, kategoria, klasa) funkcjonują dzięki symbiozie z ludźmi, którzy wyznaczają, uznają, tolerują albo kwestionują szczególną pozycję członków elit czy śmietanki towarzyskiej. Współcześnie obie nazwy są wprawdzie coraz rzadziej używane na co dzień, ale ich wydźwięk jest stosunkowo mocno zakotwiczony w świadomości. Doszło jednak do zmieszania ich znaczeń tak daleko idącego, że dawne sensy (znaczenia) niepostrzeżenie uległy zatarciu w potocznej mowie i obiegowym rozumowaniu.
Pewnym rodzajem wspólnego mianownika dla obu słów stały się określenia „wyższe sfery” albo… „oni”. Każdy człowiek będący w dowolnym sektorze życia publicznego „wyżej” staje się kimś niejako obcym, jeśli sam nie stara się zachować bezpośrednich czy bliskich relacji ze środowiskiem, z którego wyszedł, któremu zawdzięcza awans, którego faktycznego zakorzenienia i celów przestaje dostrzegać. Czynnikiem utrwalającym tę alienację bywa komfort materialny, popularność i przede wszystkim uzyskiwane i poszerzane wpływy.
Niezbędne są siła charakteru, pokora, elementarna przynajmniej wrażliwość, aby nie ulec aksamitowi pozycji i nie zapomnieć o szorstkości egzystencji wokół. Mówiąc obrazowo, poruszanie się po czerwonych i miękkich dywanach odzwyczaja od chodzenia po ziemi nawet wtedy, gdy pod stopami jest zielona trawa. W tym właśnie rozróżnieniu zawiera się ledwo widoczna biała linia oddzielająca elitę od tych, którzy się za „elitę” określają.
Elitarność oznacza „wyjątkowość dla czegoś…”, „odrębność ku czemuś…”, „indywidualność ze względu na…”. Jest zwracaniem się ku wartościom, celom i środkom, aby chronić, podnosić, udoskonalać jakość i wskazywać sens życia jak najszerszej zbiorowości. Dziać się to może między innymi na służbie wojskowej, w pracy medycznej, poprzez posługę duchową, w kręgu oświaty, w twórczości kulturalnej, podczas badań naukowych, na niwie gospodarczej i charytatywnej, a nawet w pracy państwowej. Pada słowo „nawet”, bo przeważa w nas pogląd, że polityka nie jest domeną elit, choć tak powinno być. Bycie częścią elity jest zobowiązaniem do wzmacniania relacji międzyludzkich, wysiłku (niezłomności!) na rzecz dobra wspólnego i praktykowanie głoszonych przekonań. To również – w odniesieniu do chrześcijan – życie zgodne z wyznawaną wiarą (świadectwo!).
Człowiek elit myśli, słucha, czyta, mówi, aby rozumieć i być rozumianym. Nie używa zmysłów i władz (choćby mowy), aby wykazywać swoją wyższość czy też poniżać innych. Jego obecność, spojrzenie, słowa podnoszą poczucie wartości u innych. Mogą stawiać wymagania, mogą też kwalifikować, ale zawsze po to, by człowiek stawał się sam dla siebie i dla innych bardziej osobą (czyli kimś, kto o sobie decyduje). Elity preferują kooperację, choć bywają silnymi i twardymi indywidualnościami. Ktoś taki, poprzez swoją elitarność może się stać autorytetem przekraczającym ramy danego mu czasu życia czy granice przestrzeni, w jakiej toczy się jego życie. Jeśli go masz, kto jest Twoim autorytetem?
Światek śmietanki towarzyskiej jest zasadniczo odwrotnością elitarności ze względu na skupianiu się wokół „wyjątkowości mojej lub naszej…”, „odrębności od innych…”, „indywidualizmu pod wpływem ego…”. Polega przede wszystkim na czerpaniu z otaczającej rzeczywistości lub jej kontestowaniu (w zależności od sytuacji), aby wybić się wyżej od innych lub ich od siebie uzależnić czy co najmniej do siebie przyciągnąć. Biznes, sport, popkultura, ideologie, polityka są niesamowicie podatne na mechanizmy tak silnego „ubijania” śmietanki towarzyskiej, iż jej członkowie stają się rodzajem socjety, kasty, koterie, kliki, a niekiedy zbliżają się sposobem bycia, żargonem (wulgarnością) lub nowomową i zachowaniami do rodzaju sekty czy wręcz półświatka. Akcentują w przekazie na zewnątrz własne sukcesy, swoją zamożność, pewność siebie. Bywają elokwentni, cynicznie stosują perswazję i chwyty retoryczne, aby zaszachować adwersarzy. Są egocentryczni (popadając przy tym w egoizm) i źle znoszą lepszych czy skuteczniejszych od siebie. Maskują swoje nieformalne, ale stalowe powiązania i zależności, a innym razem wręcz manifestują wzajemne relacje dążąc do wywołania w otoczeniu efektu mrożącego i utwierdzenia wizerunku swojej hegemonicznej pozycji.
Łatwo jest ulec czarowi przekazów w mediach społecznościowych czy nawet urokowi gwiazd podczas widowisk artystycznych i sportowych, a nawet wydarzeń o charakterze biznesowym lub religijnym. Odróżnianie celebrytów od prawdziwych fenomenów rynku, sceny, stadionu czy duchowości jest naprawdę trudne. Jesteśmy bowiem zasypani bodźcami emocjonalnymi, podczas gdy to równowaga myślenia i uczuć powinna przesądzać o naszych preferencjach. Rzadko zauważamy, iż rzeczywistą i najsilniejszą dźwignią pozycji wszelkiej maści gwiazdorów bywa zasobność portfela i / lub pochodzenie czy koneksje, a nie kreatywność lub inna szlachetna iskra. Bardzo często nie są autorami tego, co demonstrują jako osobisty dorobek. Bywają marionetkami lub statystami w misternie zawoalowanym i nakierowanym na szybki zysk systemie kreowania idoli. Jeśli go masz, kto jest Twoim idolem?
Dobrze jest rozejrzeć się wokół, ale też warto przyjrzeć się sobie, aby nawigować pomiędzy autorytetami i idolami. To nie jest tylko dylemat teoretyczny. Każdy nasz osobisty wybór pomiędzy kształtowaniem elit a formowaniem śmietanki towarzyskiej ma zawsze ciąg dalszy. Spójrzmy na dzieje naszego narodu liczone zarówno od dat najdawniejszych jak Chrzest Polski (1059 lat) i koronacja Bolesława Chrobrego (1000 lat) czy też od odzyskania niepodległości (107 lat) i świętowanego w tych dniach solidarnościowego zwrotu ku wolności (45 lat). Historia ta jest tragicznie utkana konfliktami elit z zaprzaństwem oraz destrukcją elit i ich wypieraniem przez kliki. Wrogowie Polski zawsze zaczynali atak na nasz kraj i państwo od dewastacji i anihilacji elit, po czym zastępowali je swoim „zamkniętym układem”. Trzebienie elit moralnych, intelektualnych, twórczych i politycznych było i – niestety – pozostaje celem wszelkich strategii i taktyk wobec Polski, której „nie wolno wybić się na suwerenność i siłę”. Wyzwaniem współczesnej Polski jest krzewienie elit. Czy tak się dzieje?
Spychanie do nisz ludzi myślących i pracujących niezależnie, innowacyjnie, twórczo i odpowiedzialnie to jeden z trybów redukowania szansy na zbudowanie elit państwa i przywódców narodu. Niedostatek takich osób i środowisk w życiu publicznym przybiera monstrualne rozmiary. Mnożą się i porażają przykłady cofania Polski w gospodarce i nauce, hamowania przedsiębiorczości czy kreatywności. Zamiast trwałych autorytetów (niszczonych lub marginalizowanych) są nam podawani na medialnym talerzu doraźni idole (hołubieni i wyolbrzymiani).
Teraźniejszym paliwem inżynierii społecznej stał się chaos, w którym można anonimowo napędzać polaryzację i sterować konfliktami i równolegle realizować za taką zasłoną dymną inne cele. Przyszłościową inspiracją życia publicznego może być jedynie dobro wspólne, którego kryterium wyznacza solidarność. Do tego żywotnie potrzebujemy elit.
Tekst dedykowany dla serwisu wAkcji.24.pl