Inauguracja Synodu Diecezji Świdnickiej miała miejsce 18 maja 2024 r. Msza św. w katedrze, intronizacja Pisma Świętego, wyznanie wiary złożone najpierw przez biskupa, potem przez pozostałe osoby powołane do udziału w synodzie. Tak rozpoczęła się pięcioletnia pielgrzymka po arteriach nowej ewangelizacji, drogach powszedniej misyjności i jakby zapomnianych ścieżkach Tradycji. Od tego czasu upłynęły dwa lata i być może daje się we znaki uczucie znane każdemu, kto pielgrzymuje.
Opis stanu, w jakim jesteśmy idąc szlakiem synodu diecezjalnego, warto zacząć od zdefiniowania czym jest synodalność Kościoła. To jeden z tych tematów, które wzbudzają zbyt wiele sensacji, a za mało refleksji. Jednym z często popełnianych błędów jest przeciwstawianie synodalności Kościoła jego hierarchicznej naturze, podczas gdy są to dwa wektory, po jakich od początku pielgrzymował Lud Boży, a co znajduje przedłużenie w samym słowie „Kościół” rozumianym jako „zgromadzenie”.
Zgromadzeni przez Pana…
Kościół to Chrystus i to przed Nim będąc, ku Niemu się zwracając, za Nim idąc, stanowimy wspólnotę. Wspólnotę różnorodną charyzmatami i jednolitą w hierarchii. Gdyby to miało być coś innego niż żywa obecność Jezusa, wówczas racje przemawiające za tym, by być w Kościele, stałyby się szczątkiem pierwszorzędnej inspiracji, jaką jest zawsze zbawcza ofiara Chrystusa. Wszystko inne w Kościele jest drugim, trzecim i kolejnymi krokami, po tym pierwszym, jaki katolik czyni klęcząc i milcząc z uwielbienia przez naprawdę obecnym i ofiarującym się Jezusem!
Odczuwam wewnętrzną rozpacz i żałuję, gdy sam nie dość głęboko uznaję owoce Przeistoczenia. Targają mną sprzeczne myśli i uczucia, gdy zdaję sobie sprawę, że nie potrafię do tego przekonać ludzi obojętnych, a jeszcze bardziej niechętnych wierze. Gdy zdaję sobie sprawę ilu ludzi ignoruje tę prawdę lub czyni z niej przedmiot antykultu, jestem rozdarty nie mniej. Wierzę, że zbawcza moc ofiary Jezusa obejmuje każdego człowieka, ale dotknąć może tylko za ludzkim przyzwoleniem.
Olśniewający horyzont…
Świat jaki znamy na co dzień jest zbombardowany doraźnością, zdezorientowany umysłowo i duchowo, rozpędzony do przesuwanych wciąż granic możliwości. Ten świat, we wszystkich wymiarach funkcjonowania nie chce zwolnić i obsesyjnie przyspiesza.
Kościół katolicki miałby się do tego dołączyć? Mam coraz bardziej przejmujące duchowo przeświadczenie palącej potrzeby wzniesienia się Kościoła katolickiego – niczym arki – na pułap dziejów zbawienia wymykający się ponad historię świata. Nie po to, by włączyć się w destrukcyjny pęd, lecz by świat zapatrzony w panoramę zgubnych iluzji ujrzał zbawczy horyzont prawdy Objawienia. Olśniewający horyzont…, bo czyż nie olśniewa biała Hostia!
Wizja marginalizacji osób wyznających wiarę chrześcijańską i utożsamiających się z Kościołem, snuta była i jest w Polsce na różne sposoby. Za czasów „komuny” mieliśmy znaleźć się w kruchcie. Już w bliższych nam czasach, w najlepszym przypadku zmieścić się mamy w kategorii „organizacji pozarządowych” i tylko w skądinąd bliskim nam chrześcijanom sektorze „pomocy społecznej”.
Jako Kościół nie jesteśmy jednak bezradną, bezwolną i bezsilną społecznością. Jesteśmy wspólnotą skupioną wokół biskupa, a wspólnie z księżmi, siostrami i braćmi zakonnymi, osobami konsekrowanymi żyjącymi w świecie, świeckimi katechetkami i katechetami, katechistami, w naszych rodzinach i środowiskach nie opieramy się tylko na własnych siłach. Zwracamy się ku samemu Panu Bogu! Odwaga naszych duchowych przewodników, nasza codzienna modlitwa i myśl – przekuwane w działanie – mogą sprawić, że wykażemy sprawczą moc.
Jesteśmy potrzebni światu jako chrześcijanie…
Wspólna ludzka rzeczywistość jest „poukładana”. Jeśli nawet nie perfekcyjnie, to pozwala każdej i każdemu z nas znajdować nie tylko własną przestrzeń. Umożliwia organizowanie przestrzeni wspólnej i chroni (jeszcze) przed ingerencją zarówno w osobiście, jak i wspólnotowo kształtowany obszar. Człowieczeństwo jest najdoskonalszym i uświadomionym regulatorem współżycia społecznego. Jest jednocześnie instrumentem niezwykle kruchym i ma właściwości higroskopijne w odniesieniu do otaczającego świata.
Środkiem komunikacji międzyludzkiej, ale też indywidualnej harmonii człowieka jest (jak dotąd) słowo: myślane, mówione, słuchane, pisane, czytane. Posługujemy się słowami, a znając ich znaczenie i wzajemne związki, zdolni jesteśmy formułować definicje, twierdzenia, hipotezy, opinie, przekonania, przeczucia. Także w sferze duchowości.
Słowa są tkaniną relacji międzyosobowych i pozwalają odnajdować prawdę. Prawda stanowi przedmiot ludzkich dociekań niezależnie od tego, kim człowiek jest. Każdemu człowiekowi prawda jawi się jako wartość szlachetna, choć – jesteśmy w tym bliscy sobie – nie zawsze łatwa w przyjmowaniu czy aplikowaniu na co dzień. Prawdą jest Słowo Boże objawione w osobie Jezusa Chrystusa.
Starcie jest nieuniknione…
Nieuniknione jest starcie z rzeczywistością zła. Wszyscy – przynajmniej deklaratywnie – chcą zło niwelować i nie chcą z nim zawierać kompromisów. Wymaga to nieugiętości, której nie może zabraknąć nam chrześcijanom, o ile mamy pozostawać szczerymi świadkami Boga w świecie.
Lęk to stan, z jakim mierzymy się, jeśli nie codziennie, to często. Nie jest tożsamy z niepewnością wymagającą refleksyjnego myślenia i świadomej odpowiedzi. Lęki niezauważalnie przenikają człowieka, ale przez permanentny ich charakter działają jak… kropla drążąca skałę. Są czymś w rodzaju bakterii wywołującej destrukcję odporności człowieka i jego wrodzonej zdolności do stawiania czoła nieuchronnym egzystencjalnym przeciwnościom. Przeciwieństwem lęku jest śmiałość. Śmiałkowie potrafią postępować impulsywnie, nie kalkulując nadmiernie lub w ogóle swoich słabych i silnych stron, w zamian upatrując w zagrożeniach i szansach prawdopodobieństwa przełamania niesprzyjających okoliczności czy niekorzystnych warunków, w jakich się znajdują oni lub ktoś inny, komu chcą udzielić wsparcia. Śmiałość idzie w parze z odwagą, czyli przemyślaną aktywnością, która nie wyklucza niepewności i wynikającej z niej konieczności rozwagi i roztropności.
Chrześcijaństwo było, jest i będzie śmiałym zwiastunem nadziei. Było, jest i będzie głosicielem wolności. Odwaga katolików – moralna i intelektualna – nie bierze się bowiem z przekonań natury ideologicznej. Jest śmiałością wiary. Nie ma na świecie niczego bardziej otwartego niż wiara w Pana Boga otwierająca na życie, na prawdę, na piękno, na wolność, na miłość.
Być znakiem sprzeciwu…
Obawa przed konfrontowaniem się z tymi, którzy negują chrześcijaństwo, którzy nie wierzą w obecność Pana Boga, którzy nie znoszą Kościoła i tego, co się im z katolicyzmem kojarzy, jest… spóźniona. To przeciwstawienie trwa i nie jest czymś nowym. O „znaku, któremu sprzeciwiać się będą” czytamy przecież już w ewangelicznych relacjach z pierwszych dni życia Jezusa (Łk 2,34), a co dopiero mówić o radykalnym sprzeciwie, który zapowiadał sam Jezus: „Jeżeli was świat nienawidzi, wiedzcie, że Mnie pierwej znienawidził” (J 15,18).
Wszystko, co było lub jest negowaniem czy anihilowaniem chrześcijaństwa, to mniej lub bardziej okrutne, cyniczne, systemowe lub bezmyślne powtarzanie tego samego buntu, o jakim czytamy w Ewangelii. Jeśli zatem nie mamy stanąć pod ścianą skazanych na kruchty intelektualne, etyczne i estetyczne, musimy najpierw nie dać się zepchnąć do katakumb wiary. „Cóż więc na to powiemy? Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam?” (Rz 8,31).
Wieki XX i XXI zdają się być tą fazą dziejów świata, w której mamy do czynienia z rodzajem homogenizacji chrześcijańskiej nadprzyrodzoności z ambiwalentną lub wrogą religii Jezusa Chrystusa doczesnością rozpostartą pomiędzy racjonalizmem a pragmatyzmem. Świat – świadomie i celowo lub bezwiednie i gremialnie – nie chce „soli” i „światła” chrześcijaństwa, zaś chrześcijaństwo chce – odruchowo lub koniunkturalnie – stawać się bardziej racjonalne i praktyczne.
Katolicy znajdują się w permanentnej kontrze wobec żyjących „tak, jakby Boga nie było”. To jest trudne i może na tym polega magnetyzm chrześcijaństwa. Kościół bowiem nie jest niedzielnym stowarzyszeniem, którego członkowie w pozostałe dni tygodnia mogą bezobjawowo wtapiać się w społeczeństwo. Katolicy swoją duchową tożsamość odnajdują w Kościele, o którym mówi się jako o tajemnicy zbawczej obecności Chrystusa.
Wspólnota wiary i świadectwa…
W Kościele człowiek wierzący identyfikuje się jako członek wspólnoty zwróconej ku zbawczej ofierze. Tak umocniony wychodzi ku światu i spotyka ludzi, którym jest obojętne czy „Pan Bóg jest czy nie” albo przekonanych i twierdzących, że „Pan Bóg umarł”, „Pan Bóg nie istnieje” lub „Pan Bóg jest wymysłem człowieka”. Ile razy i jak często – jako katolicy – czujemy się traktowani lub jesteśmy określani jako „zacofani” czy „staroświeccy”. Czytamy i słyszymy o sobie i o Kościele jako o środowisku „wierzących w gusła”, „niedouczonych” i „świętoszków”, co musi sugerować (zapowiadać?) marginalizację czy nawet ostracyzm.
Czy żyjemy jeszcze w czasach, gdy katolik z ciepłem w sercu mówi o tym, że kocha Kościół? Może już jako bardziej zdystansowany bezrefleksyjnie i anonimowo powtarza z innymi „Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”. Co sprawia, że chrześcijanin kocha Kościół?
Doświadczenie wiary radykalnie wymyka się z ograniczeń wynikających z reguł obliczalności, wymierności, przydatności, a najbardziej z naszego przywiązania do uznawania za fakt tylko tego, co za fakt uznać chcemy. Wiara jest przyjęciem zupełnie innych zasad, wśród których na pierwszy plan wysuwa się przyjęcie za prawdę także tego, co nie jest oczywiste. Wiara to jedno z najjaśniejszych, najprzezroczystszych, najwyrazistszych, a jednocześnie najbardziej osobistych i tajemniczych doświadczeń. Najczęściej kwestionowana postawa i zarazem najpowszechniejsze odniesienie, na jakim człowiek opiera życie w sprawach zwyczajnych i w tym, co jest absolutnie najważniejsze. Nie jest tylko formułą bezpieczeństwa w zagrożeniach ani środkiem zastępującym odpowiedzialność. Jest odniesieniem do Pana Boga i wywołuje relacje międzyludzkie.
„Wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa” (Rz 10,10)! Znakiem czasu (naszego czasu) jest niezdolność lub trudność słuchania. Mamy też do czynienia z nadmiarem słów oraz utratą lub odwróceniem ich znaczenia. To jest także bariera, na jaką napotykamy i której przebicie nie może polegać na „głośniejszym mówieniu”. Esencją przepowiadania w XXI wieku staje się raczej szept lub cisza zwrócenia się ku Panu Bogu w modlitwie i adoracji, następnie wywiedzione z tego świadectwo życia. „Verba docent, exempla trahunt” (słowa uczą, przykłady pociągają).
Latarnia na wzburzonym morzu…
Kiedyś budowano szlaki prowadząc nimi ludzi do kościołów, klasztorów i sanktuariów. Ukierunkowane zazwyczaj na wschód „organizowały” one przestrzeń miast, a trakty i ulice wiodły ku frontonom świątyń czy bramom opactw. Wysokość wież pozwalała znajdować samo centrum, a brzmienie dzwonów wyznaczało rytm życia lub było zwiastunem niespodziewanych wiadomości.
Współczesność radykalnie zmieniła schematy życia społecznego. Pylony stacji paliw czy centrów handlowych albo drapacze chmur są punktami orientacyjnymi dla ludzi. Są przy tym jak totemy przestrzeni zdobytych przez konsumpcję. Jeśli nie zdarzy się coś nieprzewidywalnego, a tempo obezwładniania człowieka konsumpcją i zależnościami nie zmaleje, staniemy się społeczeństwem zatomizowanym. Archipelagiem, którego część wysp będzie czekać na misjonarzy, a inne będą arkami Kościoła w XXI i XXII wieku.
Zapowiedź Jezusa, że świat, że ludzie na świecie, będą się dowiadywać o tym, co nie jest powszechną wiedzą, brzmi niesamowicie aktualne. Jezus odnosi się wprawdzie do ówczesnych hipokrytów (ich mutacje znamy współcześnie), ale co do zasady, wskazuje na „głoszenie na dachach” (czyli tam, gdzie dzisiaj umieszczamy anteny nadawcze i odbiorcze) jako na sposób ujawniania i przekazywania prawdy i zarazem jako metodę ostrzegania i obrony przed kłamstwem.
Kto dzisiaj – w Polsce – jest liderem opinii katolików? Media mainstreamu czy media konserwatywne i media katolickie? Komu pozwalamy żonglować naszą wyobraźnią pomiędzy wartościami a fantasmagoriami? Jak wiele przestrzeni udostępniamy jałowości swarów i mętności hedonizmów, a ile miejsca w myśleniu i uczuciach zostaje na porozumiewanie się wokół tego, co stanowi wartość?
Nikt nie da rady sam…
Można mówić, że Kościół w Polsce przechodzi test odporności w jednoczesnym zderzeniu z systemową ateizacją i kulturowym trendem sekularyzacji. Nie jest to dla polskiego katolicyzmu nowe i najtrudniejsze doświadczenie, jeśli choćby wziąć pod uwagę czasy stalinowskich represji z lat 50., których ikonami niezłomnej wierności Kościołowi stali się kardynał Stefan Wyszyński i arcybiskup Antoni Baraniak, a w latach 80. ks. Jerzy Popiełuszko. Choć nieprawdą jest propagandowa teza o gremialnym odejściu od Kościoła młodzieży czy średniego pokolenia, to jednak właśnie naszych dzieci i wnuków zbyt często brakuje nam w Kościele. Widać gołym okiem pokoleniową wyrwę wśród katolików w Polsce, będącą echem demograficznej zapaści społeczeństwa i skutkującą także w statystykach powołań.
Znajdowanie ścieżek i sposobów docierania z Ewangelią i jej przesłaniem do świata poza Kościołem stanowi esencję nowej misji ewangelizacji i zbawienia. Apostolstwo i apologetyka stają się filarami Kościoła w XXI wieku i to one – poprzez sprawowaną z miłością i wiarą liturgię oraz wierne doktrynie przewodniczenie i przepowiadanie ludowi – stanowią klucz współczesnej misji Kościoła. Duchowni i świeccy, my wszyscy w Kościele, na miarę swojego powołania i swoich charyzmatów, odpowiadać mamy na lęki świata płonącego ze względu na niedostatek wiary. Nikt nie da rady sam!
Słuchanie i dialog
Synod Diecezji Świdnickiej określam jako pielgrzymkę, bo ze słuchania i dialogu wynika to, że zbliżamy się do Pana Boga i ku sobie wzajemnie. Postępujemy w wierze i miłości.
Słuchanie i dialog stały się tym, czego już doświadczyłem jako uczestnik drugiego w moim życiu diecezjalnego synodu. Pierwszy miał miejsce w latach 1985 – 1991. Zwołany w ramach Metropolii Wrocławskiej stanowił swego rodzaju „przegląd sił” Kościoła w nowych uwarunkowaniach ustrojowych. Wtedy dawały się we znaki pierwsze objawy zderzenia kościelnego status quo ze zdestabilizowaną społeczną rzeczywistością postkomunizmu.
I Synod Diecezji Świdnickiej, zaplanowany na sekwencję lat 2024 – 2029, zdaje się być doświadczeniem odmiennym, może nawet odwrotnym. Nie ma już bowiem mocnej liczebnie i tak wyraźnie spójnej wspólnoty eklezjalnej. Jest za to jest dążąca do hegemonii, systemowo oparta o mechanizmy socjologiczne i ekonomiczne, nierzadko wroga, rzeczywistość otoczenia Kościoła.
Decyzja, którą ponad dwa lata temu podjął biskup Marek Mendyk zwołując I Synod Diecezji Świdnickiej w dwudziestym roku jej istnienia – jak się zdaje – wywołała zaskoczenie. Jedni powiedzą „odwaga”, ktoś inny dopowie „ryzyko”, a jeszcze inny zauważy „czas najwyższy”, są też pytający „po co?”. Entuzjazm towarzyszył inauguracji, ale zaraz po niej zaczęło się wchodzenie po stromym wejściu na płaszczyznę, z której można doświadczyć i zobaczyć, że Kościół w Diecezji Świdnickiej jest żywą rzeczywistością. Nie da się jej zamknąć w stereotypach „tak było”, ale też nie można jej odebrać horyzontu „tak będzie”.
Jesteśmy w drodze. Znużeni prozaicznością codzienności. Przesyceni impulsami niecodzienności. Obciążeni nadmiarem podjętych zadań. Znudzeni nonsensownością bezcelowości. Przytłoczeni pustką w domu i zgiełkiem poza nim. Modlący się o wiarę i dziękujący za jej łaskę. Wpatrzeni w Jezusa! Nie wolno nam ustać.
Tekst dedykowany dla serwisu wAkcji.24.pl












