Być może powtarzam się, a powinienem w zamian… milczeć. To rzeczywiście dość skomplikowane, bo chcąc wyrazić laudację ku czci ciszy być może należałoby… milczeć. Niewykluczone, że pisaniem można zastąpić mówienie, bo kreślenie (klikanie) słów i ich czytanie odbywają się w ciszy i pozwalają… milczeć.

Jak ty jednak milczeć, gdy nagromadzenie literek składanych w artykułowane słowa, gdy kumulacja akustycznych punktów rzekomo stanowiąca melodię, gdy niepoliczalna kaskada dźwięków zasypuje przestrzeń własnych myśli, nie pozwalają odnaleźć czystych brzmień, ich harmonii i ładu nadającego im sens, a więc i znaczenie, a jeśli znaczenie, to i wagę. Więc mówię o ciszy, za którą w ostatnim czasie niemal chorobliwie tęsknię.

Opublikowany przez Krzysztof Kotowicz Środa, 12 września 2018

 

Coraz bardziej uświadamiam sobie, że żyjąc pod permanentną nawałnicą tego wszystkiego, co można daje się mierzyć decybelami, nie mam(y) kubatury wolnej od ich nadmiaru, a może nawet od każdej ich liczby. Niedawno w reklamie jednej z firm promujących hotele na całym świecie usłyszałem o możliwości rezerwowania apartamentów idealnie odseparowanych od dźwięków z zewnątrz. Uśmiechnąłem się pod nosem, bo to przecież żaden wynalazek. Już bardzom bardzo dawno temu chrześcijańskie klasztory w swoich regułach zakładały ciszę i lokowane były w miejscach, które wówczas dawały gwarancję wolności od niechcianych słów, dźwięków i związanych z nimi impulsów zakłócających wewnętrzny spokój. Właśnie ów duchowy komfort, jakim jest cisza, otwierał siostrom lub braciom zakonnym drogę do świętości poprzez życie skupione wokół prawd ewangelicznych. Współcześnie niektóre zakony oferują zresztą pobyty w klasztorach menedżerom, biznesmenom i innym osobom, które na co dzień żyją w silnym napięciu zawodowym. Zapewniając ciszę, tworzą warunki do odtwarzania potencjałów, bez których te osoby nie mogą pełnić swoich życiowych ról.

Gdzie znaleźć ciszę? W kościołach? Na łonie natury? We własnym domu? Gdzie trzeba jej szukać? W sobie.