Nikt nie lubi być traktowany przedmiotowo. A już z pewnością wśród normalnie myślących osób niezależnie od poziomu dojrzałości, nie ma miejsca na chęć poddawania się instrumentalizacji.

Usiłujący pozbawiać podmiotowości innych ludzi albo muszą łamać kręgosłupy, albo manipulować psychiką, albo wykorzystują inne słabe punkty swoich ofiar. Niedopuszczalność każdego z tych sposobów na przejmowanie władzy nad drugim człowiekiem jest bezdyskusyjna. Co zatem sprawia, że czujemy się (tak często) wykorzystywani, że doświadczamy (nierzadko skutecznych) prób przechwytywania naszej intelektualnej aktywności, by stała się konsumpcyjną pasywnością, że (niemal codziennie) dowiadujemy się o przeróżnych formach fizycznej agresji od pyskówek pomiędzy obcymi ludźmi, poprzez brawurę na drogach, na przemocy w stosunku do najbliższych skończywszy. Paleta zachowań nastawionych na przysłowiowe sprowadzanie człowieka „do parteru”, aby znalazł się w postawie petenckiej, aby go od siebie uzależnić, aby ostatecznie obezwładnić go i przeistoczyć w „wolnego niewolnika”, jest nadzwyczajnie obfita, zniuansowana i stanowi niezamknięty zbiór metod.

Dlaczego ludzie, zamiast innych ludzi przekonywać, zachęcać, zapraszać, motywować, inspirować, wolą perswadować, zmuszać, wciągać, deprecjonować, marginalizować, etc.? Czy można ten tryb objaśnić merkantylizacją, transakcyjnością, interesownością, egoizmem? Codzienność zdaje się nie przynosić optymistycznych komunikatów. Wystarczy z ołówkiem w ręku usiąść choćby po jednym minionym dniu i szybko dokonać bilansu. Ile razy ktoś coś nam ofiarował i ile razy ktoś od nas czegoś chciał… „Ofiarował”, czyli na przykład: wysłuchał, poświęcił czas, podzielił się czymś, dał coś – bezinteresownie. „Chciał”, czyli domagał się czegoś, coś egzekwował, czegoś nas pozbawił, zabrał coś – dla swoich celów. Nie biorę w tym bilansie pod uwagę rachunków w sklepie czy w skrzynce pocztowej, telefonicznych ofert darmowych badań lekarskich lub ciekawskich oczu zza sąsiedzkich firanek. Poza tym sytuacja nie jest jednoznaczna. Bywa, iż ktoś nam coś „daje”, by w nieodległym czasie „wziąć” znacznie więcej. I bywa tak, że jesteśmy czegoś „pozbawiani”, by wkrótce zauważyć cenniejsze wartości. Dokonując więc wspomnianego bilansu, warto mieć dystans do jednostkowych zdarzeń.

Konkluzja nie będzie jednak całkiem pesymistyczna. Warto pielęgnować własną podmiotowość. Nawet należy ją nie tylko chronić, lecz wzmacniać. Nie rzecz w tym bowiem, aby wiele znaczyć, być kimś ważnym czy wpływowym, nie będąc przy tym sobą, tylko czyimś „alter-ego”. Znacznie więcej wolności doświadczam, gdy jestem sobą, niż gdy sobą nie jestem.