Po dzisiejszym łagodnym zakręcie, nadal będąc w drodze, przenoszę myśl ku osobom, które są na ostrym wirażu albo znoszą przeciążenia wynikające ze zbyt gwałtownej prędkości niespodziewanej i niechcianej eskapady.
Doświadczanie stanów utrapienia jest częścią ludzkiej egzystencji. Gdy spoglądamy jedynie na los własny lub bliskich nam osób, miewamy wrażenie, iż dotkliwości znaczą wyłącznie czy przeważnie nas. Niezwykle rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że za oknami naszego mieszkania czy domu ktoś inny widzi spokój i stabilność, bo tak i my, spoglądając na okna naszych sąsiadów lub innych mijanych domostw, odczuwamy stamtąd bezproblemowość. A przecież jest inaczej. Nikt z nas nie jest wolny od trosk. Nikomu z nas nie udaje się umknąć przed nieznośnie ciężkimi balastami. Bywa, że jednych to spotyka jakby częściej, innych nie tak często, ale nie ma takich, którzy mogliby powiedzieć otwarcie, że ich życie układa się bezproblemowo i bezboleśnie. Owszem, subiektywna skala egzystencjalnych uciążliwości, jest zawsze różna, ale i nawet na tak spolaryzowanych rozpiętościach, są takie rodzaje napięć, wobec których wszyscy jesteśmy na tym samym poziomie stresu fizycznego. Za nim zaś idzie psychiczna destabilizacja i wewnętrzny niepokój.
Najpierw przeczytałem wcześnie rano zdanie: „Błogosławiony mąż, który ufa w Panu i będzie Pan zaufaniem jego” (Jer 17, 7). W nowszym tłumaczeniu to samo zdanie brzmi: „Błogosławiony mąż, który pokłada ufność w Panu i Pan jest jego nadzieją”. Odczytanie pierwszej wersji przeprowadziło mnie przez mijający już dzień w tej jego epizodycznej sekwencji, jaka jest etapem danej mi kilkanaście miesięcy temu do przejścia marszruty. Nie wiem jak ostry będzie następny zakręt i co spotka mnie za nim. Wiem natomiast, że podobne okoliczności byłyby źródłem uspokojenia dla niejednej osoby znajdującej się na innym stadium podróży.
Gdy „Pan jest zaufaniem” droga ma cel.