Gdy wszystko układa się dobrze, warto rozglądnąć się wokół, aby nie popaść w samozadowolenie.
„Życie to jest dobrze i źle. I tak jest dobrze. Bo jak jest tylko dobrze, to jest źle”. Autorem tej maksymy jest Jan Twardowski, ksiądz piszący wiersze – jak zwykł mówić o sobie – bo nie uważał się za poetę. Większość z nas zna księdza Twardowskiego właśnie jako twórcę poezji, a przecież był przede wszystkim kapłanem katolickim. Pan Bóg obdarzył go szczególnym darem widzenia rzeczywistości poprzez pogodę ducha, darem dostrzegania detali na ogół niezauważanych w pędzie życia (także duchowego). Miał dar widzenia świata, jako stworzonego przez Pana Boga.
Było mi dane raz jeden osobiście rozmawiać z księdzem Janem Twardowskim (to było ponad czterdzieści lat temu) i to w jego mieszkanku w pobliżu kościoła sióstr wizytek przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Był tam kapelanem, ale też wygłaszał niedzielne kazania dla dzieci. Byłem tam z kolegą Markiem (teraz księdzem pracującym we Francji), który przeprowadzał wywiad z ks. Janem Twardowskim. Pamiętam, że byłem zaskoczony skromnością miejsca, w którym już wtedy bardzo znany i powszechnie lubiany ksiądz spędzał swoje życie. Miał na sobie sutannę bardzo znoszoną… Jeszcze teraz widzę klęcznik w pokoju, gdzie przyjmował gości i gdzie stało biurko otoczone półkami pełnymi książek, a niewielki stoliczek służył jako punkt, w którym można było poczęstować kogoś herbatą. Mimo serdecznej rozmowy – ksiądz Jan był ciepłym i przenikliwym rozmówcą – jakoś nie stałem się wtedy czy potem admiratorem jego twórczości. Przyznać jednak winienem, że są takie wypowiedziane czy napisane przez niego zdania, które utrwaliły się w języku polskim. Najczęściej powtarzana jest fraza „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”…
Dzisiaj przypomniało mi się jednak wspomniane wyżej zdanie, że „Życie to jest dobrze i źle. I tak jest dobrze. Bo jak jest tylko dobrze, to jest źle.” Nie wiem czy to efekt mojej skłonności do doszukiwania się w każdym pomyślnie toczącym się procesie momentu, w którym wszystko może się nagle i radykalnie odmienić na niekorzyść czy też w konsekwencji doświadczeń życiowych pigułka optymizmu włączyła we mnie niepewność. Tak czy inaczej, choć w drodze na jej dzisiejszym etapie sprzyjało coś, co można określić jako zieloną falę, nie czułem się pewnie.
Fachowcy od organizacji ruchu „zieloną falą” nazywają „system skoordynowanej sygnalizacji świetlnej (zazwyczaj 3+ skrzyżowania) ustawiony tak, aby kierowca poruszający się z określoną, stałą prędkością (np. 50 km/h) przejeżdżał przez kolejne światła bez zatrzymywania się”. Niewykluczone, że ten mechanizm regulujący strumienie pojazdów i ułatwiający przebijanie się szczególnie przez większe miasta, jest swego rodzaju metaforą.
Zbyt często mamy skłonność do nerwowego czekania, aż zgaśnie światło czerwone lub irytujemy się tym, że akurat się włączyło. Ten skrót myślowy może lepiej pojmują kierujący pojazdami. Ponosi człowieka – mnie ponosi – widzącego coś, z czym się nie zgadza, czego nie rozumie lub nie chce, co mu przeszkadza, wywołuje w nim sprzeciw, a co jednocześnie wykazuje jego – moją – bezsilność. Nie na wszystko mamy – mam – wpływ, choćby bardzo tego chcieć. W takich to okolicznościach złapanie „zielonej fali” ujawnia inną logikę zdarzeń czy zjawisk, pozwalając przy tym zauważyć więcej szczegółów, więcej pomiędzy nimi powiązań. I przynajmniej wyczuć, że ktoś nad wszystkim czuwa.
Gdybyśmy tak umieli – gdybym tak umiał – przez życie, przez absorbujące nas sprawy, przez problemy, ale też i radości – przemieszczać się w uporządkowany wewnętrznie sposób, w tempie pozwalającym nie tylko ślizgać się, muskać czy w jakikolwiek inny sposób powierzchownie doświadczać życia i spotkań, mogłoby ono być głębsze… Bardziej naznaczone sensem, czyli zakotwiczeniem w tym, co autentyczne, co nadaje egzystencji barw i wartości… Pozwalałoby wznieść wzrok wyżej niż sięga nie tylko umysł i wyobraźnia… Byłoby bardziej świadomym i wybranym początkiem drogi bez końca…














