Czy ktoś pamięta jeszcze czasy, gdy Ząbkowiczanie narzekali na brak marketów, w których można byłoby zrobić duże zakupy w jednym miejscu? To zamierzchłe czasy 2007 r., gdy wzajemnie zwalczali się zwolennicy i przeciwnicy rozbudowy jedynego wówczas w mieście marketu i gdy rok później kilka osób urządzało brewerie wokół drugiego marketu tej sieci. Dzisiaj marketów tej i innych sieci jest kilka. Powstają następne, a dyskusja toczy się wokół kwestii czy jest ich już dość.

Mieszkańcy miasta i okolic wyrażają swoją opinię licznie wjeżdżając z wózkami pod zadaszone targowiska, jakimi są u nas „supermarkety”. Wprawdzie targować się nie można, ale na promocje zawsze można trafić, a że przy okazji zdarza się kupić coś zupełnie niepotrzebnego, to już inna sprawa. Równie tłoczno w dni targowe jest na ząbkowickim bazarze, gdzie ilość i jakość oferowanych produktów wcale nie jest niższa. Mamy oczywiście wiele mniejszych i większych sklepów różnych branż, które codziennie walczą o klienta. Tam dokonujemy zakupów licząc na dobrą jakość towarów i przyjazną obsługę.

Z naszym codziennym udziałem rozgrywa się swego rodzaju „wojna światów”. Jedna grupa jej uczestników to „kolonizatorzy” (co nie jest równoznaczne z tym, że są źli), bo choć kuszą wyjątkowo niskimi cenami, to ich interesy sumują się daleko od nas. Inna grupa to „tubylcy” (przez co wcale nie muszą być lepsi), których cenimy za to, że są jednymi z nas. Trzeba uczciwie przyznać, że nie jest to zmaganie równorzędnych stron. Pierwsi przejmują lokalny rynek wykorzystując tzw. „efekt skali”, a drudzy, z korzyścią dla klienta, adaptują się do bardzo niesprzyjających okoliczności.

Można się zastanawiać czy zasobność naszych portfeli jest tak duża, że mogą powstawać kolejne duże sklepy, zwane „marketami”. Koszty ponoszą inwestorzy, którzy zakotwiczyli się w Ząbkowicach Śląskich. Na takie ryzyko, związane na przykład ze zmianą profilu działalności, nie stać części ząbkowickich kupców. Z tym większym podziwem patrzę na społeczne zaangażowanie ząbkowickich przedsiębiorców w społeczne, kulturalne czy sportowe projektu. Wielcy handlowcy są tu niewidoczni, a przynajmniej tak to odbieram.

„Wojna światów”, jaką widzimy w sektorze handlowym, za chwilę przeniesie się (lub już się przenosi) na inne sfery przedsiębiorczości. Chciałbym wierzyć, że burmistrz i starosta mają świadomość, iż sejsmograf lokalnego biznesu wskazuje na rosnące zagrożenie dla miejscowych przedsiębiorców i tworzonych przez nich miejsc pracy. Pytanie o to czy „powinny powstawać kolejne markety” nie wystarczy. Ważniejsza jest kwestia czy będzie w nich miał kto robić zakupy.

Tekst opublikowany w Tygodniku „Gazeta Ząbkowicka” – nr 2 / 2-8.10.2013