Oglądanie i słuchanie w istocie jest konsumpcją spotykanych treści. To również dominujące współcześnie postawy przyjmowane nie tylko w przestrzeni kulturowej, ale też w coraz szerszym obszarze relacji i usytuowań człowieka – także tych codziennych i praktycznych. Jednak nawet te, pasywne poniekąd, zachowania przybierają – jak się zdaje co raz częściej – formę spłyconej percepcji kosztem pogłębionego odbioru prowadzącego do refleksji.

Czasy, w jakich żyję, są przeniknięte tendencją do intelektualnej powierzchowności, do kumulowania pojęć i wywoływanych przez nie skojarzeń. Każde usiłowanie zgłębienia pojęć, analizy faktów czy prześwietlania stwierdzeń uchodzi za niepotrzebne, absorbujące czas, przedłużające procesy decyzyjne i zwyczajnie nużącą nadgorliwość lub chorobliwą dociekliwość. Być może owa drobiazgowość byłaby uzasadnionym zarzutem, gdybyśmy poruszali się w strefie jednolicie rozumianych pojęć. Tak jednak nie jest – co gorsza interpretacyjny rozdźwięk poszerza się generując aż nadto częstą i gęstą kakofonię. Wobec faktycznego spłycenia poziomu odbioru, czego rezultatem jest krótkotrwałość doznań i pochodna tejże doraźności w postaci obniżenia pułapu wymagań z równoległym zawyżeniem poziomu tolerancji wobec nijakości, dochodzi jeszcze do jednego – w moim mniemaniu niekorzystnego – trendu. Przybywa kubaturowo przeciętności. Przeciętność – co musi niepokoić – staje się normą. A gdy przeciętność staje się normą, wówczas jako osoby, i jako społeczność, dryfujemy i to na mieliznę.

Cała niniejsza wypowiedź dotyka jedynie tej strony ludzkiej aktywności, jaką jest odbieranie, przyjmowanie, absorbowanie czy konsumowanie treści. Treści, którymi żywimy nasze uczucia, naszą umysłowość, naszą psychikę, naszą duchowość, a poprzez te – jakby ich nie nazywać – władze, jakimi dysponujemy jako ludzie, zasilamy wszystko to, co jest naszym działaniem, naszą twórczością – naszym dziełem życia.

Co jest dziełem naszego życia? Nie to, co oglądamy i nie to, czego słuchamy. Dziełem może być to, co po sobie zostawiamy, a więc to, co widzą – dzięki nam – inni ludzie, czego doświadczają, czego mogą się dowiedzieć i co poznać lub przeżyć. To, co dajemy innym osobom z siebie i sięgając po energie naszych władz. Także, a może nawet szczególnie to, co przetrwa nas samych. Do tego potrzebujemy własnych, wewnętrznie utrwalonych, zasobów intelektu zdolnego do abstrakcyjnych kreacji oraz woli wyzwolenia w sobie wszechstronnego instrumentarium talentów, pasji i emocji. W zwizualizowanej formie, wcześniejsze frazy należy pojmować jako gotowość dzielenia się sobą i faktyczne obdarowywanie sobą innych.

Następnym etapem indywidualnego dzieła jest wymiana darów pomiędzy ludźmi, czyli wzajemne dzielenie się dobrami i wartościami, jakimi możemy się konfrontować – nawet w sporach i jakimi możemy się wspomagać – szczególnie w tym, co nas łączy lub łączyć może czy też łączyć winno. Tak budują się wspólnoty – od małych, czyli rodzin przez wielkie, czyli narody, po kosmiczne, czyli w skali całej ludzkości. Jesteśmy niepowtarzalnymi kroplami jednego strumienia – jeśli tworzymy.