Oglądałem niedawno w Teatrze Telewizji pasjonującą interpretację „Krawca” wg Sławomira Mrożka. Napisane w 1964 r., wystawione przez TVP w 1997 r., ma nadal mocną wymowę zarówno w treści, jak i formie, choć mamy rok 2018. To misternie nomen-omen skrojone studium koniunkturalizmu, oportunizmu i imposybilizmu, zasługuje na uwagę z wielu powodów. Pierwszym jest roztaczany w tzw. kulturze masowej, swoisty kult „głównego nurtu”.

Ta nowa świecka religia ma swoich kapłanów – celebrytów ze świata polityki, showbiznesu i mediów, ale też mnichów, czyli skrywających swoje prawdziwe wyznanie siewców przeciętności, jakich nie brakuje w instytucjach, organizacjach i środowiskach, w jakich na co dzień przebywamy. Ma wreszcie swoich wyznawców, czyli ludzi bezrefleksyjnie traktujących wszystko to, co ich otacza, co do nich dociera, co wpływa na ich los, przyjmujących wszystko jako determinantę i niezdolnych do przeciwstawienia się – nawet orwellowską „zbrodniomyślą” – oczywistym zaprzeczeniom prawdy, dewastacjom piękna i przeinaczania dobra. Sztukę „Mrożka” naprawdę warto zobaczyć albo przeczytać jej tekst.

Kilkanaście dni temu pisałem o kontrskuteczności pozorów ubierania się. Tym razem chcę zwrócić uwagę na znaczenie tego, w co się ubieramy. W „Krawcu” właśnie o tym jest mowa, bo rzecz dotyczy strojenia się w nieswoją tożsamość. W dramacie Mrożka przyglądamy się bowiem inwazji barbarzyńców, którzy kolonizują zdobyty podstępnie świat. Okazuje się jednakowoż, iż zamierzając przekształcić łup wedle własnych potrzeb, stają się jego częścią, tracąc przy tym impet, z jakim doń wtargnęli. Czy nie dzieje się tak również poza literacką fikcją? Czy aby owa spisana fantazja nie jest metaforą rzeczywistości, w jakiej się znajdujemy?

Strojąc się w nieswoją tożsamość, można zdobyć władzę. Można nawet podtrzymywać władanie i rozszerzać obszary wpływów – jak się zdaje – nieskończenie. Celebrując bożka nijakości da się uczynić z tej cechy zasadę funkcjonowania społeczności i tym samym administrować wieloma jej przepływami. Podsycanie rewolucyjnego ognia zmian stoi w synergii z konserwowaniem truchła. Nie ma nawet sprzeczności miedzy obiecywaniem, że będzie inaczej (w domyśle: lepiej) a sprzyjaniem temu, by się nic nie zmieniało (w domyśle: przecież jest dobrze). Uprawiając takie ceremonie zanurzeni w „głównym nurcie” zapominają, że „kot odwracany ogonem nie przestaje być kotem” (to cytat z jednego z popularnych polskich seriali telewizyjnych).

Nie czekajcie, aż ktoś was wyłowi z „głównego nurtu”. Trzeba płynąć pod prąd. Bądźmy sobą. Tutaj, u nas, w naszej małej ojczyźnie. Dobrze wiecie, o czy myślę…