Bardzo wąskie i nieliczne grono osób przez dwa dni (w sumie ok. 14 godzin) spotkało się na bardzo ambitnie pomyślanej i skromnymi środkami przeprowadzonej konferencji historycznej związanej z 730-leciem Ząbkowic Śląskich.

Najwyraźniej pasjonująca, wielobarwna pod wieloma względami, wciąż czekająca na pogłębione studium i zasługująca na refleksję, historia miasta, w którym żyjemy i pracujemy, znajduje się na marginesie wydarzeń skupiających uwagę miejscowej śmietanki towarzysko-samorządowej, nauczycieli historii i geografii, działaczy kulturalnych i innych liderów opinii. Wydarzenie było anonsowane przez lokalne media, odbywało się w dniach wolnych od pracy i zajęć szkolnych. Frekwencję stworzyli: organizatorzy, prelegenci, grono przewodników turystyki i garstka mieszkańców (głównie w dostojnym wieku). Owszem, przewinęli się przez oba dni samorządowcy, ale ich obecność była raczej kurtuazyjna (no, może z wyjątkiem pani wiceburmistrz Ewy Figzał, która była obecna na części wykładów w oba dni). Piszę o tej łyżce dziegciu w beczce miodu na początku, a nie na marginesie notki, bo tak najzwyczajniej w świecie czuję się zdegustowany tym faktami. Rozumiem, że tego typu spotkania nie są jak mecz piłkarski czy koncert disco-polo, więc tłumów nikt się nie spodziewa. Jednak absencja osób uważających się za intelektualną czy społeczną elitę miasta, jest znamienna i niepokojąca jednocześnie. Znamienna, bo jak widać gołym okiem, pułap utożsamiania się ze środowiskiem, na jakim bazuje nasza wspólna codzienność, jest znikomo niski. Niepokojąca, bo najwyraźniej wszelkiej maści budowniczowie teraźniejszości i przyszłości mają przekonanie, że historia nie jest nauczycielką życia i nie ma niej inspirujących źródeł w wybitnych personaliach lub wyjątkowości dóbr materialnych. Być może wyprzedzę zarzut, że przecież nie wszyscy muszą być na każdym tego rodzaju konwentyklu. Zgoda – nie muszą. Ja też nie zawsze jestem obecny. Jeśli jednak kogoś nie ma zazwyczaj czy też pojawia się jedynie dla upozorowania obecności, to mój sarkazm nie powinien zaskakiwać.

Dokładnie odwrotnie należy odnotować samą inicjatywę konferencji pod hasłem „Wokół dziejów miasta”, przekrojową tematykę poszczególnych referatów i profesjonalne kompetencje wykładowców. Biblioteka Miasta i Gminy Ząbkowice Śląskie im. Księgi Henrykowskiej była merytorycznym sprawcą wydarzenia, które wymyślił i koordynował Kamil Pawłowski wspomagany przez Ewę Pazdioarę i Jerzego Organiściaka. Ten młody człowiek, drobiazgowo rozpracowujący od wielu już lat przeróżne detale przeszłości Ziemi Ząbkowickiej, wykazuje sporą dozę wytrwałości i konsekwencji. Skupienie bowiem w jednym miejscu w ciągu dwóch dni osób utytułowanych i świetnie zorientowanych w niemal niszowych dziedzinach wiedzy, musiało wymagać operatywności i siły przekonywania.

Pierwszy dzień w siermiężnej sali konferencyjnej starostwa powiatowego, dzień drugi w reprezentacyjnej (ale też proszącej się, jak cały gmach o renowację) sali Ratusza przebiegły bardzo szybko dzięki mozaice tematów, rozmaitości form kolejnych wystąpień i przede wszystkim rzeczywiście starannemu doborowi poruszanych wątków. Najważniejsze jednak było właśnie skomponowanie zagadnień, aby – z jednej strony: nie powielały się, z drugiej zaś: były wobec siebie komplementarne. I do tego jeszcze, by słuchacze mieli w całej palecie tematycznej punkty bliższe im osobiście. Wspólnym mianownikiem była historia, ale prześwietlana była m.in. poprzez dzieje sztuki, muzykologię, wiedzę industrialną czy kroniki sportowe, architekturę, kryminologię, meteorologię, archiwistykę, fotografikę, politologię. Był czas (trochę niedostateczny) na pytania i dyskusję, była wystawa towarzysząca i jak zwykle polemiki kuluarowe. Można rzec – spotkali się pasjonaci i podziwiający pasjonatów. A wszystko kręciło się wokół naszych Ząbkowic Śląskich. Obiecano wydanie publikacji pokonferencyjnej, gdzie wszystkie referaty (być może również niewygłoszone, gdyż niektórzy prelegenci z powodów obiektywnych nie dojechali) znajdą się na papierze (przydałoby się także w sieci). Sympozjum było bardzo treściwe i niech żałują ci, których nie było.

I dopowiem jeszcze jedno: z paru tematów można byłoby wykroić konferencje monograficzne. Z pewnością na taką dociekliwą debatę zasługuje los ruin ząbkowickiego zamku. Dały się wyczuć w trakcie wystąpień różne opinie i nie jest tajemnicą, że wokół tej sprawy nie ma od szeregu lat jednomyślności. Smaczkiem była powszechna zgoda co do tego, że „plomba” z pustaków wmontowana w stare fragmenty zamku jest przykładem skrajnej dezynwoltury władz miasta, konserwatora zabytków i anonimowego pomysłodawcy tego koszmarnego tricku. Swoją drogą – czy wiadomo kto to wymyślił i na to się zgodził?

FOT: Mirosław Jarosz