Doświadczenie upływu czasu nie jest obce nikomu. Może bardziej udziela się ludziom bardzo aktywnym, może osobom znajdującym się w presji chorób terminalnych i człowiekowi u schyłku życia. Oddać owo doznanie potrafią także bardzo młodzi ludzie.
Jest jednak jeszcze jedna okoliczność ujawniająca nie tyle przemijanie, ile nieodwracalność czasu. Uświadamiamy sobie ten fakt sięgając we wspomnienia, w skojarzenia z tym, co przeżyliśmy, wyobrażając sobie alternatywny ciąg dalszy wydarzeń utrwalonych w pamięci, na zdjęciach czy filmikach, zapisanych w pamiętnikach (jeszcze niektórzy je piszą…). Dosięgają nas emocje lub myśli zdawać by się mogło już nieważne, gdy znajdziemy się w pewnych miejscach, gdy usłyszymy jakąś melodią lub poczujemy ten a nie inny zapach, gdy nasz wzrok spocznie na określonych przedmiotach czy kształtach dających sygnał, że chociaż coś stało się przeszłością, wciąż w nas żyje. Zapewne młodsi tego rodzaju stanów nie znają, ale ludzie w moim wieku już tak. Zdarza się nawet, że asocjacje takie zachodzą niespodziewanie i są bardziej efemerydą, ale na tyle intensywną, by wywołać uśmiech lub łzy, niepokój lub radość czy nawet coś z pogranicza szczęścia. Przypominają trochę zachody słońca nad morzem, bo niby zawsze są takie same, a jednak nie są te same…
Czy w 2010 roku, Adele Laurie Blue Adkins śpiewając piosenkę „Someone like you”, miała za sobą właśnie tego rodzaju doznania? Tego nie wiem, choć w jednym z wywiadów pytana o ten utwór powiedziała między innymi: „Byliśmy tak zżyci, że myślałam, że się pobierzemy. Ale on nigdy tego nie chciał. Kiedy dowiedziałam się, że chce tego z kimś innym, było to najstraszniejsze uczucie w życiu. On chyba nie wiedział, jak bardzo go kochałam”. Ballada, co ciekawe w oryginale grana tylko na pianinie, znalazła się na szczytach list przebojów sprzed niespełna 15 lat i wprawdzie już na nich nie króluje, można o niej mówić, jako o „wiecznym hicie”.
Tym bardziej trudno jest ten utwór zaśpiewać w sytuacji nierównej konkurencji z artystką światowego formatu, jaką jest Adele. I tym bardziej jestem pod dobrym wrażeniem ryzyka, jakie podjęła Amelia Pinkiewicz. Od jej prezentacji zaczęła się seria solowych występów w trakcie niedawnego koncertu „Forte-Piano” Open Vocal Art School, o którym już tu pisałem. Byłem bardzo blisko sceny, widziałem więc z bliska napięcie malujące się na twarzy i w gestach wokalistki. Z każdą jednak frazą widoczne było otrząsanie się z grawitacji tremy i jednocześnie coraz bardziej dało się słyszeć natężenie uczuć. Amelia podołała wyzwaniu i onieśmielenie ustąpiło pragnieniu oddania słuchaczom skondensowanej energii odczuć załadowanej w piosenkę przez Adele.
Czas tak szybko płynie. Jeszcze wczoraj bawiliśmy się, jak nigdy. Urodziliśmy się i dorastaliśmy otoczeni letnią mgłą. Niespodziewanie złączeni przez nasze najwspanialsze dni. Mam przeczucie, że każdy człowiek niezależnie biograficznego stażu mógłby odnaleźć w swoim osobistym memuarze epizody, które uwalniane po czasie dałyby się tak właśnie opisać. Zaśpiewać o tym już jednak nie każdy potrafi… Amelia potrafi!