To jedno z najjaśniejszych, najprzezroczystszych, najwyrazistszych, a jednocześnie najbardziej osobistych i tajemniczych doświadczeń. Najczęściej kwestionowana postawa i zarazem najpowszechniejsze odniesienie, na jakim człowiek opiera życie w sprawach zwyczajnych i w tym, co jest absolutnie najważniejsze. Nie jest tylko formułą bezpieczeństwa w zagrożeniach ani środkiem zastępującym odpowiedzialność. Wiara.
Fenomen wiary rozpatrywany może być w kontekstach codzienności, które wszyscy znamy. Zdaje się, że analogia z oddychaniem najbardziej przybliża tę warstwę doświadczania wiary. Wiary rozumianej praktycznie, może nawet pragmatycznie. Czerpiąc powietrze w płuca, nieświadomie uznajemy (wierzymy), że jego skład jest dla nas bezpieczny i jedynie alerty meteorologiczne powodują, że fizjologiczną potrzebę oddychania zaspokajamy w sposób częściowo przynajmniej kontrolowany. Pozwalamy wodzie spływać rano po dłoniach i twarzy, aby obudzić się i jesteśmy pewni (wierzymy), że nie jest toksyną mogącą pozbawić nas zdrowia i urody.
Jakże ważne jest pierwsze „dzień dobry”, wypowiadane ku osobie czy osobom, z jakimi łączy wspólna droga, bo wyraża przecież wiarę w dobro dnia, jaki się zaczął. Wierzymy, że wokół są ludzie, z którymi łączy nas wspólnota. A co powiedzieć o tym momencie, w którym człowiek wykonuje znak krzyża, aby zacząć dzień, podjąć modlitwę, podzielić chleb, ruszyć w drogę, zainicjować ważną aktywność – aby odnaleźć się w obecności Pana Boga, w którego wierzy i… któremu wierzy!
- To nie znaczy, że jestem za całą tą gadaniną o uczuciach, za tym, że „o uczuciach trzeba rozmawiać”. Znacznie bliższy mi jest dawny męski ideał: uczucia to coś, o czym się nie mówi. Nastrój bardzo łatwo zatracić w gadaninie. Rozejrzyj się raczej wokół siebie, popatrz na góry, na niebo, na gwiazdy i zadaj sobie pytanie, czym to wszystko jest, dlaczego jest.Czy istnienie tego ma jakieś znaczenie? Dlaczego to w ogóle istnieje? Z jakiegoś powodu czy tylko zupełnym przypadkiem?
- To, że człowiek w zasadzie nie należy do świata, tylko ze swoją świadomością, ze swoją duszą, ze swoimi nastrojami stoi naprzeciwko świata, pozostaje na co dzień zasłonięte.Albo też staramy się to z całych sił zasłonić. Cała współczesna ideologia, nieustannie kolportowana przed media, powtarza, że właśnie to należy robić: zniknąć wśród rzeczy jako producent bądź jako konsument. Należy zamknąć się w świecie, żeby się oderwać od siebie, od własnej najbardziej wewnętrznej samotności, której nie traktuje się jako coś, co przez ciszę łączy człowieka z Bogiem, ale jako coś przerażającego, groźnego. Człowiek po prostu boi się samego siebie i boi się Boga.
Jon Fosse jest dramaturgiem, eseistą, autorem książek dla dzieci i tłumaczem. Wywodzi się z rodziny luterańskiej, ale przez dużą część życia był kwakrem, a więc obracał się w aurze chrześcijaństwa, choć na jego dalszych kręgach. Ma za sobą dramatyczny wypadek drogowy jako dziecko oraz fobie, uzależnienia i depresję jako dorosły. W 2023 r. otrzymał Literacką Nagrodę Nobla za „za nowatorskie sztuki teatralne i prozę, które dają wyraz temu, co niewypowiedziane”, jak napisano w uzasadnieniu przyznania lauru. Jon Fosse w wykładzie wygłoszonym wtedy w Sztokholmie powiedział: „Wszystko, co piszę, jest rodzajem modlitwy. W pewnym sensie zawsze wiedziałem, że pisanie może uratować życie, być może nawet uratowało moje własne życie. A jeśli moje pisanie może również pomóc w ratowaniu życia innych, nic nie uczyniłoby mnie szczęśliwszym”. Nie mogę ukryć, że to myślenie nader bliskie mojemu doświadczeniu.
„Misterium wiary” to mieszczący się na ponad 200 stronach zapis refleksyjnej, wręcz medytacyjnej rozmowy, którą z Jonem Fosse przeprowadził Eskil Skjeldal, teolog ewangelicki, doktor filozofii moralności i krytyk literacki. Jest to naprawdę rozmowa akademicka w dobrym znaczeniu. Dodam, że dzielenie lektury tej książki na rozdziały jest niedogodnością. Nawet czytając ją na jednym oddechu, trzeba lub warto wracać do wcześniejszych fragmentów. Dialog obu rozmówców wynosi na orbitę, z której niechętnie wraca się do prozaicznego języka. W niniejszym opracowaniu cytuję wypowiedzi Jona Fosse, choć obaj rozmówcy tym, co głośno myślą, dają twardy pretekst do poważnego zastanowienia się, czy mój stosunek do wiary i sama wiara nie wymagają autorefleksji.
- Dobitniej można powiedzieć, że chodzi o zobaczenie w drugim człowieku Chrystusa. O zobaczenie w nim Boga.
- Wartości człowieka nie da się udowodnić, ale moim zdaniem sztuka – będąca w pewnym sensie transformacją tego, co człowiek ma w sobie z Boga, tego, co dla człowieka wyjątkowe, a zarazem powszechne – nas o tej wartości przekonuje. Sztuka pokazuje nam tę samą wartość. Ponieważ jesteś człowiekiem, ty również poniekąd jesteś Bachem, nawet jeśli nie potrafisz zanucić czysto choćby jednej prostej melodii.
- (…) Język jest domem bycia, domem istnienia, mieszkaniem człowieka. I tego mieszkania strzegą pisarze, strzegą go przed tymi, którzy chcą używać języka wyłącznie jako instrumentu do osiągnięcia jakiegoś celu. (…) Granice mojego języka są granicami mojego świata. (…) Dlatego błędem jest myślenie o Bogu jako bycie (…) Dla mnie to absolutny błąd, chociaż jest to chyba powszechne przekonanie wśród ludzi wierzących. Właśnie dlatego o Bogu nie da się nic powiedzieć, da się natomiast powiedzieć coś o wszystkim, co znajduje się w obrębie świata. Bóg jest w zupełnie inny sposób niż wszystko inne, co istnieje.
- „Na początku było Słowo”, jak mówi Pismo. I chyba ośmielę się powiedzieć, że pewna cząstka Boga jest obecna w języku, a także w prawdziwym pisarstwie. Chociaż nie lubię mówić o tym głośno. To jedna z takich rzeczy, których nie należy mówić. To jedna z takich rzeczy, które należy mówić przez milczenie, które mogą być wypowiedziane jedynie poprzez milczenie. Świętość może zostać ukazana jedynie poprzez ukrycie. Powiew świętości można jedynie poczuć, a nie wypowiedzieć. A jeśli Boga da się wyczuć w języku, to również jako niewypowiedzianą tęsknotę za tym, co nie posiada języka, tęsknotę za tym, co nie ma granic, co jest czystym bytem (…).
Czytelnik uważny i zorientowany na poziomie katechizmowym musi dostrzec rodzaj teologicznej ekwilibrystyki stosunkowo powszechnej w modernizującym się niekiedy Kościele zachodniej Europy. Echo pentekostalizmu pobrzmiewa w niektórych frazach, a luterańskie korzenie obu norweskich rozmówców tłumaczy te tony. Jednak Jon Fosse jest człowiekiem, który oparł się w konwersji na katolicyzm o coś więcej niż emocje. Może to być momentami trudne do odszyfrowania, lecz dają znać o sobie mistyczne dociekania pisarza. Jest jednym z wielu ludzi „po przejściach” osobistych, religijnych, a nawet politycznych. Jednak nie utknął w ich mgle, lecz konsekwentnie doszukuje się nie tyle przysłowiowego „światełka w tunelu”, ale źródła tegoż światła.
Ilu z nas, oglądając się wstecz, kojarzy meandry i zaułki własnej biografii, bagienka uwikłań w konsekwencje bierności czy też ostre zakręty, wyjście z których polegało tylko na tym, by znaleźć się na wygodniejszej i szerszej drodze do sukcesu? Jak często uzmysławiamy sobie, że wiara nie jest tylko motywatorem dobroci i nie służy temu, by w lustrze widzieć lepsze „ja”? Chodzi o zapatrzenie się bez słów, relację, spotkanie, słuchanie, przemianę, oddanie, przenikanie, zjednoczenie.
- W pewnym sensie msza katolicka jest niemal milcząca. Tak, naprawdę. Było to zapewne jeszcze wyraźniejsze, dopóki msze odprawiano po łacinie, do roku 1965. Nawet gdy liturgia jest odprawiana po norwesku, to kiedy coś się wielokrotnie powtarza, zmienia się to w coś w rodzaju ciszy. I ta cisza może nas wypełnić niepojętym sensem.
- Katolicka msza przynosi odpoczynek ciału i pokój duszy. Daje spokój. Od pierwszej chwili zmierza ku przeistoczeniu, konsekracji, komunii, kiedy nawet taki nicpoń jak ja, który siedzi w ostatniej ławce, na samym jej skraju, może uczestniczyć w wielkim obcowaniu świętych, żywych i umarłych. Osobiście bierze udział w misterium wiary i staje się jego częścią. Paul Claudel uważa, że msza to „sakramentalny dramat”, przewyższający wszystkie inne dramaty. „Nawet Sofokles w porównaniu z nim wydaje się nijaki”, pisze – i ma rację: żadna perypetia nie może się mierzyć z konsekracją. Żadne zakończenie z komunią.
- Za każdym razem, kiedy idę na mszę, przystępuję do komunii. No i modlę się. Odkryłem modlitwę różańcową. Odmawiam klasyczny różaniec (…), który szybko stał się moją modlitwą. Staram się modlić rano, w południe i wieczorem. Nie zawsze tak się dzieje (…), ale modlę się codziennie. Nie lubię Boga o nic prosić. Jeśli już, musi to mieć związek z innymi, nie ze mną. (…) W modlitwie najbardziej poszukuję ciszy, wytchnienia. Często robię znak krzyża, właściwie w porę i nie w porę, kiedy jestem sam i czuję, że potrzebuję nieco wsparcia. To pomaga. W znaku krzyża tkwi moc.
- Msza katolicka powtarza to, co się wydarzyło w Wielki Czwartek, czyli Wieczerzę Pańską, i to, co się wydarzyło w Wielki Piątek, czyli ukrzyżowanie. Uczestnicząc w mszy, człowiek uczestniczy również w ostatniej wieczerzy i w ukrzyżowaniu – w nadziei, że jego własna śmierć doprowadzi go do Boga, że wreszcie „dotrze do domu”, jak się często pisze w nekrologach.
- Jako katolik odwołuję się do dawnych symboli, do krzyża, i odmawiam modlitwy. Wyznanie wiary i Ojcze nasz. W powtarzaniu tego samego słowa opróżniają się ze swojego zwykłego znaczenia i wypełniają nowym, jak na przykład Ave Maria w modlitwie różańcowej. Odmawiam ciągle od nowa te same modlitwy, które przede mną katolicy odmawiali przez setki lat. A modlę się po łacinie albo w swoim własnym tłumaczeniu na nynorsk.
Drogi wiary nie są usłane różami czy czerwonymi dywanami. Wiara nie chroni przed upadkami, przed pokusami. Nie jest nawet tarczą wobec zwątpienia, które stanowi – mimo zewnętrznej subtelności – najtrudniejszą i dotkliwą formę weryfikowania szczerości i siły wiary. W biografiach świętych, szczególnie mistyków, można spotkać dramatyczne czy nawet drastyczne relacje „nocy wiary”. Zwątpienie i rozpacz bywają preludium wiary, ale też jej epilogiem. Wiara idzie w parze z innym fundamentalnie istotnym dla człowieka doświadczeniem, którym jest miłość.
- Wątpię codziennie. Chociaż może nie codziennie. Ale właściwie tak. Bo oczywiście wiara i zwątpienie łączą się ze sobą. (…) Możliwe, że zwątpienie to grzech, ale dla grzechu istnieje wybaczenie. Istnieje łaska. (…) W zasadzie jestem pewien, że to rozpacz, nie wątpliwości, doprowadziła wielu ludzi do wiary. Lub przynajmniej umocniła ich w wierze. Bóg jest najbliżej w ciemności spowodowanej przez lęk.
- Istnieje miłość. Dlatego istnieje także wolna wola. Bóg jest miłością, mówi Nowy Testament. (…) Ale Bóg, który jest miłością, nie może zapobiec złu. Wówczas nie byłby miłością, bo bez wolnej woli miłość nie może istnieć. (…) Bóg jest wszechmocny poprzez swoją niemoc, poprzez swoją miłość i naszą wolność. (…) Można na to spojrzeć tak, że ukrzyżowany Bóg to Bóg ogarniętych niemocą. To Bóg zwyciężający poprzez swoją niemoc. To chrześcijański Bóg, o którym Jezus nauczał i którym sam był.
- (…) Krzyż przyjmuje cierpienie i zmienia je w coś, co cierpieniem nie jest. Śmierć może być rozumiana jako cierpienie i często bywa bolesna. Człowiek w śmierci to człowiek w swojej największej niemocy. Ale wraz z krzyżem i śmiercią Chrystusa na krzyżu śmierć, poprzez zmartwychwstanie, zmienia się w przeciwieństwo cierpienia, zmienia się w ciszę, można powiedzieć: w pokój. W pokój i miłość. A miłość zakłada, że wola jest wolna. Pokój i cisza należą do miłości.
- Wiara nie jest trudna. Jest bardzo łatwa. Wystarczy uwierzyć, a wtedy wiara się otwiera. Prościej już być nie może.
Gdyby ktoś po powyższych cząstkach myśli norweskiego noblisty chciał dojść do wniosku, że Jon Fosse buja w obłokach medytacji, pomyliłby się. Mamy do czynienia z intensywnie skandynawskim chłodem rozważań. Pisarz uosabia powszechne dystansowanie się od kwestii duchowych, ale nie zatrzymuje się w również częstej postawie polegającej na zamknięciu się wobec sygnałów zwiastujących, że to, co widzimy i możemy policzyć, nie jest wszystkim, co istnieje i co nadaje sens życiu.
Trzeba się skupić na czytelnych znakach, bez których nie da się pokonać rozległych obszarów krain objętych częściej zimnem i deficytem słońca. Nie są to jednak bezdroża. Wręcz przeciwnie, bo mamy trwałe punkty odniesienia, bez których droga wiary szybko stać się może błądzeniem człowieka pozbawionego własnego domu. Zadomowienia nie ma bez czegoś, co jest stałe.
- Chciałbym jeszcze podkreślić, że bez Kościoła katolickiego świat nie byłby lepszym miejscem, to jest pewne. Dogmaty Kościoła przeszkadzają mi mniej niż dziki i brutalny kapitalizm panoszący się na całym świecie i atakujący coraz to nowsze dziedziny, a także najprzeróżniejsze media, stale rozpowszechniające swoje pełne seksu szaleństwo, którego często potrzebuje – jako podstawy ideologicznej – ekonomia kapitalistyczna, żeby się kręcić. Kościół katolicki sam w sobie jest tego hamulcem.
- Kościół ma swoją tradycję sakralną i tradycję ludzką. Ta ludzka musi, że tak powiem, stać się bardzo ludzka. Należy jednak podkreślić, że siła Kościoła katolickiego tkwi w znacznej mierze w opieraniu się wszelkim następującym w danych czasach zmianom i nieprzyjmowaniu aktualnych wydarzeń. Jak ktoś powiedział, z perspektywy katolickiej pięćset lat to stosunkowo krótki czas. I to dobrze. To między innymi poprzez uleganie duchowi czasów Kościoły protestanckie same się zatraciły.
- Moja wiara jest związana z wątpliwościami i rozpaczą. To doświadczenie, poznanie. Rozpacz jest z kolei związana z cierpieniem i z bólem, ze śmiercią. Ukrzyżowanie, krzyż, przyjmują w siebie cierpienie i przemieniają je w coś, co cierpieniem już nie jest. Bo tam, gdzie rozpacz osiąga swoją granicę, tam jest Bóg. (…) Tym, co czyni ze mnie katolika, jest misterium wiary. Mówię to z ręką na sercu. Można w nim codziennie uczestniczyć. Wielkość Kościoła katolickiego polega na tym, że zdołał on mimo wszystko zachować to misterium i umie przekazywać je dalej. Również mnie.
Jak wynika ze słów Jona Fosse i być może wiemy to z własnego doświadczenia, celem nie jest metamorfoza teraz i tutaj. Można naciskać w klawisze pilota, aby chwilowo przestawić się na kanał rytuału. Można klawiszami kalkulatora wyliczyć efekt przeobrażenia stylu życia czy wizerunku w myśl zwyczaju. To wszystko jednak nie zaspokaja głodu życia z sensem lub co najwyżej karmi człowieka fastfoodem pozorującym smak radości i przemycającym gorycz rozpaczy.
Człowiekowi potrzebna jest metanoia, czyli przemiana tak trwała i głęboka, że nie jest się już tym „kimś”, kim się było wcześniej. Nie jest to jednak akt jednorazowy, bo stawałby się pusty bez tęsknoty do jeszcze głębszej przemiany i do jej trwania bez końca. Stanowi o tym, że nikt z nas nigdy i nigdzie nie jest sam. Wiara jest sięganiem po wieczność, bo Bóg jest. Po wieczny pokój, bo Bóg jest pokojem. Po miłość bez końca, bo Bóg jest miłością.
Gdzieś pomiędzy czwartą świecą adwentu i drugimi 24 godzinami nowego roku…, w poszukiwaniu odzewu na wyszeptany krzyk…, znajdując krainę przyszłości z dala od korzeni tego, co było i co jest… – światło niedotykalne! (2 Tm 1,12)#wiara #wolność #miłość / #JonFosse pic.twitter.com/Ri7RQpbGte
— Krzysztof Kotowicz (@KotowiczKrzysz) January 3, 2026
- TERAZ: Jon Fosse, „Misterium wiary”, Wydawnictwo WAM, Warszawa, 2025
- POPRZEDNIO: Bronisław Wildstein, „Opowieść idioty czy ład naturalny”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 2025
- W CYKLU BLIŻEJ SŁOWA: Dziękuję za przeczytanie publikacji. Przekaż ją dalej, jeśli uważasz, że warto. Odpowiedz, jeśli chcesz i możesz, w publicznym komentarzu lub prywatnej wiadomości.













