Miasto to nie jest tylko punkt na mapie, jednostka administracyjna czy innego typu struktura lub ogniwo większego organizmu, jakim jest państwo. To nawet nie jedynie zbiorowisko mieszkańców identyfikowane przez kod pocztowy, numer strefy telefonicznej czy też IP w sieci.

Miastem jest wspólnota minionych lat, tego, co dzieje się dzisiaj oraz perspektyw na przyszłość. Im mniej jest spoiwa w tych sekwencjach swoistego pasma genetycznego, tym słabsze jest miasto. Im bardziej znamy historię i lepiej ją rozumiemy, może nawet w jakimś stopniu znajdujemy w niej jakąś swoją tożsamość, tym mocniejsze może być i zazwyczaj jest nasze zaangażowanie w teraźniejszość i jej wkład w wartości, jakimi żywić się będą przyszłe pokolenia. Zredukowanie miasta do poziomu giełdy, na której zawiera się korzystne lub wymuszone transakcje, sprowadzenie miasta do roli placu, na którym to czy tamto można kupić / sprzedać, wyznaczenie miastu roli przedmiotu w rzekomych strategiach nakierowanych na osiąganie celów dalekich miastu nie tylko w sensie geograficznym, pozycjonowanie miasta tak, by było jedynie trybikiem w jakiejś nieoznakowanej machinie czy trampoliną dla anonimizującego się gracza – to wszystko stanowi antytezę, wręcz zamach na tę wspólnotę. Zamiana rzeczywistej wspólnoty, jej destruowanie czy zatruwanie procesu jej rozwoju, na nominalną społeczność, ubieranie jej w fasadę samorządności, demokracji i innych temu podobnych dekoracji zasłaniających rzeczywiste uprzedmiotowienie i merkantylizację miasta, jest toksyczne. Wcześniej czy później musi prowadzić do deprecjacji miasta, do nadawania mu podrzędnych funkcji, a zawiadujących nim, czyni stróżami nocnymi, poborcami danin, wodzirejami i konferansjerami. Nie są liderami, choć tak potrafią ogłaszać swoje nadejście. Nie są nawet regulatorami życia publicznego w mieście, co jest poniekąd immanentną cechą władzy pojmowanej jako służba dobru wspólnemu (szczególnie samorządowej), lecz …zaworami, wentylami, bywa że imadłami dla tych, którzy w mieście mieszkają, przebywają lub chcą się w nim lokować.

Obejrzałem parę dni temu „Miasto 44”. Oglądałem je w Kłodzku, nie w Ząbkowicach – niestety. Tak a propos – ciekaw jestem czy burmistrz Ząbkowic, ktoś z radnych lub urzędników, oglądali ten film… Nie miejsce tu na recenzję genialnego filmu, do obejrzenia którego zachęcam i namawiam. Obejrzeć i przemyśleć obraz o miłości w mieście zalanym strumieniem nienawiści, to dać sobie szansę nie tylko zobaczenia fragmentu historii pokazanej w sposób wolny od konwencji i dający wolność reflekleksji widzowi. Dzieło nowoczesnej polskiej kinematografii, przy paru swoich słabszych czy może budzących wątpliwości punktach fabuły (o ile w tym filmie wolno mówić o fabule), jest – nie wiem czy taki był zamiar twórców – filozoficznym obrazem o mieście. O mieście, które nawet w stanie ruiny jest wartością, bo niosło i niesie pokolenia zakochanych – między sobą, zakochanych w swoim rodzinnym domu, zakochanych w Polsce. Zakochanych w wolności i wypatrujących pięknej przyszłości. To jest miasto!