Rzeczywistość jest jedna, jak zatem można mówić o granicy dwóch rzeczywistości? Dzieje się tak, gdy zderzają się w naszej świadomości zapis tego, co jest z obrazem tego, co jest może być. Gdy dochodzi do czołowego starcia dwóch odmiennych frontów atmosferycznych, mamy do czynienia z burzliwymi, nawet niekiedy niebezpiecznymi zjawiskami. Tak też jest w czasie i miejscu kontrastu pomiędzy dwiema wspomnianymi egzystencjalnymi frakcjami.

Na szczęście (może…) nie wgłębiamy się na co dzień w tego rodzaju dywagacje i przyjmujemy status quo jako optimum. Ci z nas, którzy widzą w tym deficyt, doznają dyskomfortu. Inni wśród nas, czasem nawet nie wiedząc o tym, przyjmują to jako profit i pławią się w luksusie tego, co jest im dane. Czasem tak jest zresztą z psychologicznego punktu widzenia zwyczajnie lepiej. Najtrudniej mają się niezadowoleni (nie mam tu na myśli tzw. malkontentów, bo im nic i nikt nigdy nie dogodzi), bo dla zachowania wewnętrznej równowagi nie mogą się godzić z tym, co ich otacza i jednocześnie w tym przychodzi im żyć. Pogranicze konotującej się nadzieją zieleni z błękitem uzmysławiającym twórczą energię, jaką w sobie nosimy – widzę je dzisiaj i widziałem kilka dni temu na własne oczy – wywołuje duchowe burze. Mają one jednakże moc oczyszczania. Zaczyna się, być może od łez i wymaga pewnej dozy ryzyka. Dalej jest jednak nieznane wcześniej terytorium, które będąc jednocześnie bezludną wyspą, na której wszystko kreujemy wedle własnych wyobrażeń i wielką metropolią, gdzie niemal każdy ruch wymaga dopasowywania się do schematów, pozwala nam znajdować nie tylko swój punkcik na ziemi, ale też swoją przynależność. Nikt z nas przecież nie ma kogoś drugiego. Czasem mawiamy o kimś „moja” / „mój”, ale przecież nikt z nas nie jest własnością drugiej osoby. Możemy natomiast do niej przynależeć, gdy takiego wyboru dokonujemy. Jedyną regułą tego wyboru jest miłość.

Jesteśmy z samego faktu urodzenia, jeszcze bardziej z indywidualnego biegu spraw życia osadzeni w konkretnym skrzyżowaniu na liniach historii i geografii. To nie determinuje niczego, choć może inspirować. Może nawet ośmielę się postawić tezę o dużym znaczeniu tejże inspiracji, bo dzięki poddaniu się jej, możemy wspólną przestrzeń współtworzyć. Współtworzyć, czyli zbliżać ku sobie to, co jest i to, co możliwe. Jak intensywne i jednocześnie, jak wymagającym jest to dzieło, wiem dobrze. Jak piękne i pozytywne rezultaty przynosi współpraca, pewnie nie trzeba przekonywać tych, którzy jej zaznali. Nieszczęśliwi są ci, którzy o tym nie wiedzą lub, co gorsza, w to nie wierzą.