Entuzjastów historii nie przybywa. Nie było większości nauczycieli historii, nie było znamienitego grona przewodników turystycznych, nie było prawie w ogóle samorządowców. Historia toczy się bez nich wszystkich i jest ciekawa z nimi i bez nich. Mam na myśli historię Ząbkowic Śląskich.

Do kroniki wydarzeń przeszła dzisiaj trzecia już konferencja z cyklu „Wokół dziejów miasta” zainicjowanego przy okazji 730-lecia Ząbkowic Śląskich i podtrzymanego 160. rocznicą wielkiego pożaru. Po trzech latach wiosenny rekonesans po przeszłości naszego miasta bardzo dobrze robi i wszedł już w kalendarzowy krwiobieg. Detale konferencji organizowanej wytrwale przez Kamila Pawłowskiego, wspieranego przez sprzyjające mu osoby czy instytucje, znajdą zapis w Ząbkowice4YOU.pl , za kilka miesięcy zostaną też drobiazgowo utrwalone na wydaniu książkowym, jakie co roku ukazuje się w formie papierowego podsumowania sympozjum.

Tym, co mnie dzisiaj frapuje – oczywiście poza samą historią, której meandry są niezmiennie intrygujące i nieodkryte do końca – to obraz małego prowincjonalnego w gruncie miasta. Miasta położonego tak, że omijały go fale obracające w niwecz inne skupiska, ale przez które przechodziły odgłosy wojennych burz, a wichry nawiewały rozmaite niepożądane odpryski. Same Ząbkowice – jeśli dobrze zrozumiałem dzisiejsze prelekcje – przetrwały kolejne dziejowe wstrząsy, polityczne wiraże i społeczne metamorfozy. „Miasto a wojny” brzmiał temat, a nie „miasto wojny” czy „miasto na wojnie”. Wojny przetaczały się z południa na północ, ze wschodu na zachód i odwrotnie, następowały jeden po drugim konflikty polityczne przybierające postać militarną, rozpadały się księstwa, królestwa i państwa, granice przez ponad siedemset lat przesuwały się jak w timelapse.

A miasto jest tam, gdzie było od samego początku. I nadal tu jest. Było i jest – historycznie rzecz ujmując – miastem na granicy mnóstwa zmian opisywanych kronikami i wieloma materialnymi śladami. I jednocześnie – przyjmując tonację filozoficzną – miastem na grani. Nie jeden raz było na krawędzi zapaści funkcjonalnej (jak choćby po wielkim pożarze), nie jeden raz groziła Ząbkowicom atrofia demograficzna i gospodarcza (teraz też zresztą w tych dwóch obszarach obraz nie jest nadmiernie optymistyczny, żeby nie powiedzieć wprost o jego katastroficznych interpretacjach), a miasto pnie się ku jakiemuś celowi. „Jakiemuś”, bo z analiz historycznych dotąd nie wyłuskano – jak na moje subiektywne postrzeganie – motywu (prze)trwania miasta wbrew naturalnym dla bycia na grani niepokojom i porywom.

To jest zadanie dla tych, którzy po wysłuchaniu historyków winni podejmować konkluzje. Dobrze zatem, iż historycy robią swoje, nawet jeśli czasem niepotrzebnie (wg mnie) dosypują do atramentu, jakim pisze się kroniki i podręczniki, barwniki subiektywizmu (tak było i tym razem, gdy mowa była o ruinach ząbkowickiego zamku). Szacunek należy się wytrwałym piewcom dziejów Ząbkowic Śląskich. Mam nadzieję, że za rok spotkamy się ponownie. Warto i trzeba systematycznie dokonywać obchodu tego, co jest naszym wspólnym dobrem, tym bardziej, że okoliczności nie zawsze działają na korzyść tego, co minęło (jak choćby stało się z nieistniejącymi już zabudowaniami „Elsinu”) …