Kobiety nie przestają mnie fascynować. Mam już swoje lata, więc postrzegam kobiecość inaczej, niż będąc nastolatkiem czy młodym mężczyzną. Nie chcę przez to powiedzieć, że zobojętniałem na to, co widzę. Jednakowoż czytane i słyszane jest nie mniej cenne, o przemyślanym lub przeżytym nie wspominając.

Marianna Orańska – królewna, której biografią można byłoby obdzielić wielu ludzi, zakotwiczyła dzieło swego życia w niedalekim Kamieńcu Ząbkowickim. Jej życiorys został spisany na nowo przez holenderskiego historyka Keesa van der Leera. Mała, ale bardzo starannie wydana książeczka w języku polskim nosi tytuł „Marianna – artystycznie utalentowana i szczodra księżna na Kamieńcu, Reinhartshausen i Voorbugu”. Publikacja prezentowana była kilkanaście dni temu w centrum konferencyjnym Czerwony Kościółek (dawniej to było miejsce modlitw ewangelików, dzisiaj to punkt wystawienniczy, koncertowy i konferencyjny zarządzany przez samorząd gminny). Autor, ukazując na slajdach ciekawsze wątki z życia Marianny zwracał uwagę na jej wyjątkowy styl. Wymknęła się bowiem nie tylko z konwenansów życia dworskiego, które zapewniały komfort, ale ograniczały wolność. Wyszła także z ram przypisanych kobietom jej czasów. Była – jak to się dzisiaj mawia – kreatywna. Budowa i utrzymanie Pałacu wraz z parkiem w Kamieńcu Ząbkowickim to wyrazisty obraz formuły aktywności, jaką obrała. Dzieło to zdewastowali Sowieci „wyzwalając” ziemie odzyskane po II wojnie światowej, potem było degradowane przez kilkadziesiąt lat przez rzekomych gospodarzy terenu. Dopiero w 2012 roku Gmina Kamieniec Ząbkowicki odzyskała władztwo nad całym kompleksem pałacowo-parkowym i dzięki wyjątkowej pasji obecnego wójta, pałac i park wracają do świetności. Na marginesie dopiszę, że Marcin Czerniec, czyli wójt Kamieńca Ząbkowickiego mógłby uczyć Marcina Orzeszka – burmistrza Ząbkowic Śląskich tego, jak należy postępować z darem historii, jakim w naszym mieście są ruiny zamku.

Przywracana jest też pamięć o osobie, która zostawiła nam perłę architektury zanurzoną w piękno przyrody. Nie była chodzącą świętością, ale nie sposób odmówić Mariannie umiejętności poruszania się pomiędzy marzeniami a realiami. Ten balans jest godny szacunku i wart przybliżania. Mam czasem przeczucie, że kobiety naszych czasów albo słodko marzą, albo wpadają w twardy pragmatyzm, podczas gdy właśnie gdzieś pomiędzy pragnieniami a rzeczywistością jest przestrzeń ich samorealizacji. Gdy ulegają jednemu czy drugiemu brzegowi, lądują na mieliznach, miast płynąć ku morzu czy nawet oceanowi spełniania się. Jeszcze raz powtórzę: Marianny nie trzeba odwzorowywać, ale jest dobrym przykładem błędów i sukcesów, z których warto wyciągać wnioski.