Dopytywany jestem co pewien czas czy aby nie zmieniłem zdania w kwestii kandydowania na burmistrza Ząbkowic. Jako, że jestem przez niektórych nieżyczliwych mi i przez wielu życzliwych postrzegany jako pretendent do najważniejszego fotela i biurka w naszej gminie, tym niezręczniej jest mi komentować zdarzenie, jakiego byliśmy świadkami (a może nie tylko świadkami) kilka tygodni temu. Pisała o tym część prasy lokalnej, w tym „Echo Tygodnia”.

Mam na myśli sondaż opinii publicznej, którego wyniki tuż przed długim majowym weekendem opublikował portal „Express-miejski.pl”, który nieco wcześniej (jako jedyne lokalne medium) zawarł z umowę na obsługę medialną Urzędu Miejskiego w Ząbkowicach. Zbieżność tych okoliczności jest być może jedynie koincydencją. Podobnie jest może z tym, że firma przeprowadzająca rzeczone badanie, na co dzień zajmuje się dociekaniami dotyczącymi podmiotów sektora biznesowego, a swoje prace prowadzi komercyjnie, tym razem postanowiła gratisowo zweryfikować nastroje polityczne wśród mieszkańców jednej z setek dolnośląskich gmin. I padło akurat na Ząbkowice Śląskie. Mimo tych dość szczególnych efektów przypadkowości zakładam jednak, że badania zostały przeprowadzone w rzeczywistości. Natomiast zupełnie jestem zaskoczony ich rezultatami, a wcześniej metodologią.

Po pierwsze: „skrzywiono” (świadomie, nieświadomie?) profil badanej próbki respondentów. Dominuje w niej bowiem grupa wiekowa powyżej 50 roku życia (praktycznie połowa badanych) zaś ponad 1/3 stanowią emeryci i renciści, zaś prawie ¼ to pracownicy umysłowi. Zaledwie niespełna 10% to osoby prowadzące własną działalność gospodarczą i prawie nie ma osób studiujących (mniej niż 2%). To wprawdzie być może pokazuje strukturę społeczną Gminy i być może pokrywa się mniej więcej z potencjałem najwyżej reprezentowanych kategorii w wyborach, ale nie pozwala ocenić rzeczywistego stopnia poparcia lub dezaprobaty dla potencjalnych kandydatów na burmistrza czy też stopnia zadowolenia lub niezadowolenia z tego jak się żyje w naszej Gminie. To oznacza, że badanie przeprowadzono raczej pod kątem osób skłonnych wziąć udział w wyborach, a tych jak wiemy z frekwencji wyborczej jest w granicach 45 – 55%. Konkluzja: wynik badania nie pokazuje faktycznych ocen ogółu mieszkańców Gminy.

Po drugie: „skręcono” listę kandydatów na burmistrza na podstawie mieszanki faktycznych i zgłoszonych publicznie aspiracji z przypuszczeniami, plotkami lub zachciankami badających. I tu małe stop – skąd wrocławianie (bo stamtąd wywodzą się osoby reprezentujące firmę badawczą i tam jest jej siedziba) wiedzą kto kandyduje lub nie kandyduje na burmistrza? Tego nie wiemy! Tak czy inaczej na liście sporządzonej przez sondażowców są dwie osoby, które publicznie zgłosiły zamiar kandydowania i przynajmniej jedna osoba, która nie będzie kandydować. Są też osoby, co do których można snuć mniej lub bardziej uzasadnione przypuszczenia i nie ma osób, które walczyły o stanowisko burmistrza w dwóch lub trzech poprzednich elekcjach. W tej sekwencji badania nie zgadza się także sumaryczny wynik sondażu, bo nawet jeśli przyjąć, że nie musi to być 100% (w badaniach, gdzie wymagany jest wybór jednej odpowiedzi socjologia dopuszcza to), to jednak różnica przekraczająca dwukrotnie granicę błędu statystycznego podważa wiarygodność badania. Konkluzja: wynik badania nie pokazuje faktycznych preferencji wyborczych ogółu mieszkańców Gminy.

Po trzecie: „zwichrowano” wyniki dotyczące zarówno popularności urzędującego burmistrza, które – wg mnie – zaniżono, jak i nastrojów społecznych, które – wg mnie – zawyżono. Nie będę komentował rzekomych notowań wszystkich pozostałych osób z przyczyn opisanych w akapicie wyżej. Natomiast mogę skomentować notowania Marcina Orzeszka. Skoro nie ma on (o czym nie jeden raz pisałem) z kim przegrać, skoro jest człowiekiem umiejętnie korzystającym z koniunktury politycznej (jako członek Platformy Obywatelskiej) i medialnej (prasa praktycznie pisze o nim tylko dobrze), a przede wszystkim skoro realizowane się projekty inwestycyjne (inna sprawa, że zainicjowane w przeważającej liczbie przed 2011 r.) i skoro burmistrz nieustająco dostarcza mieszkańcom darmowych rozrywek i permanentnie promuje się przy każdej możliwej okazji – to wynik 51% jest nonsensem. Konkluzja: wynik badania nie pokazuje faktycznego stopnia poparcia dla urzędującego burmistrza.

Jeśli – jak widać z trzech powyższych konkluzji – sondaż nie ma poważnej wartości poznawczej, należy go bagatelizować? Nie! Sytuacja Gminy Ząbkowice Śląskie wymaga bowiem o wiele poważniejszych rozstrzygnięć niż sprowadzanie poziomu publicznego dyskursu do kwestii „czy jest nam dobrze?” oraz „z kim nam będzie nadal dobrze?” Jeśli przyjąć tezę, że poprzez badane przez firmę sondażową obszary ktoś (kto???) wytyczył tematykę jesiennej kampanii wyborczej (de facto publikacja wyniku sondażu wpisała się w inaugurację kampanii), to udział w samych wyborach mijałby się z celem. Burmistrz jest już wybrany, w gminie żyje się świetnie, będzie jeszcze lepiej, a tych, których ubywa (młodzi, aktywni, przedsiębiorczy, kreatywni) niech najwyżej szukają w Ząbkowicach okazji do odwiedzania swoich starszych krewnych lub masy spadkowej do zbycia. Znamienne jest dla mnie, iż Pan Burmistrz nie odniósł się publicznie do wyników tego nieszczęsnego sondażu. Mam nadzieję, że podziela wyrażone wyżej moje opinie w sprawie znaczenia owego badania.

Manipulowanie zbiorową świadomością w gruncie rzeczy jest dezorientowaniem konkretnego człowieka, co przy efekcie kumulacji tego procesu, przysporzyć może bardzo wymiernej korzyści temu, kto taki proceder aplikuje. Tym ciekawszy jestem co sprawiło, że zafundowano Ząbkowicom „sondaż” warty może funta kłaków i kto był jego inspiratorem. Tak czy inaczej – wybory burmistrza Ząbkowic siódmej kadencji już są wyzwaniem dla kandydatów. Pomogę temu, którego uznam za najlepszego.