W niedzielę będę wspominał sobotę – tę sprzed roku, gdy wychodząc z domu na zakupy, odebrałem telefon od mojego przyjaciela Marka. Jego głos, zazwyczaj pogodny i spokojny, tym razem tak nie brzmiał. Powtarzał słowa: „katastrofa”, „prezydent” i „tragedia”. Rzucił jeszcze „włącz telewizor”.
Gdy zobaczyłem zgodny przekaz telewizyjny i uświadomiłem sobie, że to nie jest jakaś awaria samolotu, lecz dramatycznie przerwany lot. „Zginął nasz Prezydent” – powiedziałem i łykałem łzy. Karol, tak jak ja wpatrzony w ekran telewizora stwierdził: „To niemożliwe, żeby Prezydent Polski zginął”.
Dwa dni później, gdy z Markiem i Irkiem byliśmy w Warszawie, byłem świadkiem poruszenia, jakie znałem tylko z chwil, gdy kilkanaście lat wcześniej, będąc w tłumie wiernych, usłyszałem wiadomość o znalezieniu ciała Księdza Jerzego Popiełuszki. Rozpacz, smutek, żal mieszały się z szukaniem sensu zdarzenia, którego nie można objąć prostą oceną umysłu czy tym bardziej przejść nad nim do porządku dziennego. Tak, jak w październiku 1984 r., tak w kwietniu 2010 r., poczucie krzywdy, świadomość nieodwracalności zdarzeń przeszywały bólem. Te wszystkie stany, jakich doświadczaliśmy są zaczynem dobra. Być może musimy na nie jeszcze czekać, bo…
…wspomniana wczoraj rozmowa była inspirującą mnie do refleksji diagnozą. W gronie znajomych skonstatowaliśmy, iż wiązka zdarzeń, która znalazła najbardziej dramatyczną koncentrację o godz. 8:41 w sobotę 10 kwietnia 2010 r., dzisiaj zdaje się być powodem niedobrego podziału pomiędzy Polakami. Żyjemy od paru przynajmniej lat, mimo demokracji, jak dwa plemiona, które tę samą przeszłość i tę samą teraźniejszość wkomponowują w zupełnie odmienne interpretacje, z których z kolei wynikają skrajnie różne wizje przyszłości.
Odnosząc się do narodowej tragedii, jaka spotkała Polskę w kwietniu 2010 r. pisałem w podsumowaniu już pierwszych chwilach: „Bądźmy w tych dniach razem”. To samo powtarzałem przez kolejne dni. W Ząbkowicach Śląskich byliśmy w tamtych razem – jak w całej Polsce. Niespełna miesiąc po katastrofie, podczas obchodów Święta Konstytucji 3 Maja powiedziałem m.in: „Pod wpływem ogromu bólu, jaki wywołała katastrofa lotnicza pod Smoleńskiem, poczuliśmy potrzebę prawdy i wspólnoty. Nie staniemy się wspólnotą, jeśli będziemy sobie wzajemnie mówić nieprawdę! Jaką Polskę przekażemy następnym pokoleniom, jeśli nie powiemy prawdy naszym dzieciom i wnukom w rodzinach, uczniom w szkołach, widzom w mediach, słuchaczom na różnych wiecach?” Dzisiaj myślę dokładnie to samo, a jednak…
…nie jesteśmy razem. Nie znamy prawdy o okolicznościach katastrofy, o jej przyczynach i nie wszyscy rozumiemy to, co działo się i nadal dzieje się po niej. Możemy jednak choć po części być razem pamiętając o tych naszych 96 Rodakach, których życie zostało przerwane wraz z chwilą, gdy polski samolot runął na rosyjską ziemię. Możemy być solidarni z tymi, którym nadal łzy płyną na myśl o tragicznie przerwanych biografiach. Zdolni jesteśmy budować pomniki ofiar katastrofy kontynuując ich dzieła. Tragedia Smoleńsku odmieniła bieg polskiej historii, ale jest też zmianą kierunku, w jakim idziemy jako naród.
















