Busola nie działa. Latarnia morska nie świeci. Nawigacja straciła zasięg. Wyczerpuje się zasób energii. Grunt pod nogami niepewny. Droga robi się wyboista i wąska. Mgła gęstnieje coraz szybciej. Drogowskazy zamazane lub powyrywane. Przeczucie, że błądzimy nabiera ostrości. Bezcelowość jest nie do przyjęcia, ale celu nie widać. Następuje zbiorowe odrealnienie.
Dezorientacja jest niczym wobec braku orientacji. Jeśli bowiem człowiek nie wie co wybrać, ale ma w sobie siłę woli, by ostatecznie skierować się w tę czy inną stronę, to zyskuje, jeśli nie pewność, to przynajmniej poczucie, że jego działanie ma cechy racjonalności i celowości. W sytuacji, gdy nie potrafi dokonać wyboru czy, co gorsze, wyboru jest pozbawiony, pogrąża się w tym, co górnolotnie nazywane jest „odmętami szaleństwa”. W istocie to coś więcej niż bezsilność, bezradność, bezwolność. To bezsensowność.
Człowiek szuka sensu nie tylko, gdy zmaga się z kwestiami istotnymi dla jego egzystencji. Jesteśmy „konstrukcyjnie” nakierowani na celowość. Nawet codzienne aktywności ustawiamy pod kątem uzyskania określonego rezultatu. Nawet w relaksie czynnym lub biernym upatrujemy sensowności, bo przecież potrzebujemy regeneracji. Im człowiek jest dojrzalszy, tym lepiej wie, że potrzebny jest balans celów dalekosiężnych i doraźnych, aby osobisty rozwój i współdziałanie z innymi ludźmi nie było funkcją przypadku.
Przypadkowość i celowość, rozumiane praktycznie, stoją w sprzeczności. Liczenie na przypadek czy godzenie się z przypadkowością jako czynnikiem sprawczym sprowadza się do reaktywności (żeby nie powiedzieć: do odruchów). Reaktywność nie stanowi problemu tak długo, jak długo nie jest regułą i jak długo jest wyjątkiem. Zasadą jest bowiem rozpoznawanie punktu wyjścia i planowanie działania. Zdrowy rozsądek podpowiada wtedy opcjonalność sytuacji nieprzewidywalnych i konieczność uwzględniania złych scenariuszy (nawet tzw. „czarnych łabędzi”), ale im staranniej projektuje się swoją czy wspólnotową przyszłość, tym więcej w teraźniejszości jest czynników wiadomego początku, szacowanego skutku i osiąganego rezultatu. Rzecz jasna, jakaś warstwa luki wymykania się procesów z formuł planu jest co najmniej trudna do eliminacji, ale gdy jest marginesem, da się nad nią zapanować.
Jeśli człowiek, jeśli społeczeństwo, jeśli organizacje znajdują się w krótkotrwałym stanie dezorientacji lub deficytu punktów orientacyjnych, mogą przetrwać uzupełniając swoje zasoby z „akumulatorów” naładowanych przed kryzysem. W miarę jednak przedłużania się tego stanu i wyczerpywania zasobów, indywidualnie lub zbiorowo skłonni jesteśmy do dwojakich zachowań. Pierwsze polega na wspomnianej już reaktywności i wyrażać się może w przyjmowaniu postaw skrajnych: uległość lub bunt. Druga jest wyrazem uznania celowości za nadal obowiązujący schemat, a w danej sytuacji nawet priorytet. Wymaga to oszczędzania sił na zbyteczne „wydatki” energii witalnych i koncentrowanie analizy na sposobie wyjścia z niekorzystnego położenia, a następnie determinacji we wdrażaniu wniosków.
Czasem mówi się o planie „B” w przypadku niepowodzenia zasadniczego konceptu, ale tu jednak chodzi o coś więcej, bo o wytyczenie nowego planu i to planu pozytywnego. Można bowiem w nieskończoność rozbierać na czynniki pierwsze przyczyny zapaści i zatruwać się jej konsekwencjami, ale to nie ma (nomen omen) sensu na dłuższą metę. Po diagnozie należy wyjść ku przywróceniu stanu normalności, bo stan permanentnego konfliktu dewastuje człowieka i każdą zbiorowość. Owszem, podtrzymywanie gorączki może być w krótkowzrocznym interesie jednej ze stron sporu, ale nadmierna temperatura sporu promieniuje i bywa zarzewiem nowych ognisk toksyny. Musi więc nastąpić coś w rodzaju schłodzenia emocji i działania „na zimno”, aby wyjść z matni.
Potrzebna jest wola działania poparta wiarą w jego sens. Trzeba widzieć nowy cel lub nową ścieżkę do wcześniejszego. Nie ma odwrotu. Nie ma odwrotu, jeśli chcemy nie tylko przetrwać.













