Coraz częściej orientujesz się, że zawrotność zmian odbiera Tobie orientację w rzeczywistości. Twoje poczucie życiowej stabilizacji zakłócają mnożące się nieznane wcześniej słowa i zasady. Bezpośrednio w Ciebie uderzają konsekwencje procesów społecznych, na które nie masz osobistego wpływu. Usiłujesz zachować autonomię w tym, co leży w Twojej domenie budowanej przez całe dotychczasowe życie.
Wybacz, że zacząłem drugi już #List od stosunkowo pesymistycznego obrazu naszkicowanego być może zbyt ostrymi liniami. Wszystko po to, abyśmy mieli świadomość zaułka, matni, ślepej uliczki, w jaką niepostrzeżenie wchodzi się, rezygnując z wysiłku rozumienia otaczającego nas świata. Nade wszystko zaś z trudu osobistego określenia się wobec rwącej niekiedy rzeki i głębokich odmętów tak zwanej „nowoczesności”, tak zwanego „postępu”, tak zwanych „przemian”. Zastanówmy się – każde z nas po swojemu, ale lepiej byłoby wspólnie – czy naprawdę wszystko, co było i jest, musi ulec temu, co się staje lub ma nadejść. Poddajmy intelektualnej rewizji, prześwietlmy uczuciami narastający konstrukt „lepszej przyszłości”.
- Dzień wstał paskudny, ponury, aż trudno uwierzyć, że są możliwe takie dni. Niebo powleczone ciemnymi brzuchami chmur, charczało i krztusiło się, ślady słońca, miast nieść pociechę skołatanym sercom, czyniły obcy i wrogi świat jeszcze surowszym, niczym oblicze stuletniej szponiastej staruchy. Poza tym zimno i mroczno aż strach. (…) Z nienawiścią pomyślałem, że muszę iść do pracy. A gdyby nie? Przez chwilę wyobrażałem sobie, że zostaję, biorę książkę, zakopuję się w ciepły koc, śpię. W domu pusto, żona wychodziła wcześniej, od wczoraj miałem zepsuty samochód, zawiozła dzieci do szkoły sama. Ale potem jak to wytłumaczę? Chorobą? Złym samopoczuciem? Nic z tego. Byłem w gruncie rzeczy niewolnikiem czasu, obowiązków, oczekiwań. I jeszcze to cholerne zbuntowane ciało. Mdliło mnie w brzuchu, odczuwałem nieokreśloną gorycz. Boże, to potworne, że tak się już sypię – pomyślałem.
- Od dłuższego czasu religia przestała mieć dla mnie duże znaczenie. Trudno nawet powiedzieć, żebym wierzył w Boga. Owszem, chodziłem do kościoła przy okazji różnych uroczystości rodzinnych. Msze mnie nudziły, a próby, niestety coraz częstsze, ich ubarwienia, złościły. (…) Cały ten kościelny „lukier”, który sprowadzał się do odmieniania wszystkimi sposobami słowa „miłość”, dławił mnie. Nadal szanowałem katolicyzm jako siłę społeczną, element tradycji narodowej, ale nie jako drogę do Boga. Jeszcze raz sięgnąłem do Biblii, tym razem do rozmowy Chrystusa z bogatym młodzieńcem, w której Jezus domagał się pełnego posłuszeństwa, rzucenia wszystkiego i podążania za nim. Te słowa rodziły bunt.
- W przeciwieństwie do mnie moja matka była osobą prawdziwie pobożną. Modliła się codziennie rano i wieczorem, od pewnego czasu zaczęła nawet słuchać regularnie Radia Maryja i odmawiać z nimi różaniec. Wstydziłem się tego, ale nie potrafiłem nic z tym zrobić. Nawet nie umiałem jej pomóc; uczyła grać na pianinie w szkole podstawowej, po południu w prywatnej, a potem jeszcze dawała lekcje w domu. (…) Z pewnością zasłużyła na zbawienie, o ile takie jest, wysiłkiem, pracą, troską o ludzi.
Ile jest wśród nas osób, które budząc się, czują się ograniczone czy przynajmniej zniechęcone tym, co widzą za oknem, tym, czego się spodziewają po mających nadejść godzinach wszelkich aktywności? Nikt z nas nie miał wrażenia, że lepiej byłoby się schować w bezpiecznym zakątku, „gdzieś” wyjechać lub w inny sposób wyrwać się z kieratu zobowiązań i skrępowań narzucanymi nam schematami? Usłyszałem niedawno od znajomego, że nie ma czasu na rozczulanie się nad sobą, bo codziennie stoi przed nawałem wyzwań i chce im podołać. „Jestem wojownikiem” – powiedział o sobie i zaznaczył, że nie zamierza innych przekonywać do działania, jeśli sami nie dostrzegają jego sensu. Uważa ponadto, że pasywność w każdej sferze życia pozbawia prawa do narzekania.
Jedną z dziedzin, w której obserwujemy wszyscy bardzo wyraźną erozję, jest wiara, w szczególności wiara religijna, a w sposób nadzwyczaj intensywny wiara chrześcijańska. Na tym tle współczesne społeczeństwo, także w Polsce uchodzącej do niedawna za europejską ostoję katolicyzmu, uległo poważnemu rozwarstwieniu. Młodsi w pogoni za sukcesem, nawet jeśli jest okupiony wewnętrznie doznawanym uwikłaniem w przeróżne zależności, tracą błyskawicznie z pola widzenia wszystko, co stoi na drodze do pożądanego awansu społecznego. Starsi zdają się nie umieć przekonać młodszych do pozamaterialnych aspektów życia, w tym do duchowości, a częstokroć sami bywają spłyceni w przeżywaniu wiary. Tak wygląda schemat, w myśl którego przepowiadana jest w przestrzeni publicznej klęska Kościoła i marginalizacja katolików.
Nie zauważasz, że choć opis zdaje się być adekwatny do stanu faktycznego, to jest daleko idącym uproszczeniem? Owszem, widzimy symptomy i mechanizmy sekularyzacji, bo Ty i ja chodzimy po tej samej ziemi, oddychamy tym samym powietrzem i docierają do nas te same bodźce. Odczytujemy je różnie i reagujemy inaczej, co nie zależy od płci i wieku, wykształcenia i pozycji zawodowej, rodowodu czy miejsca zamieszkania. Jest w nas coś więcej niż biologia, psychika i kalkulacja czy emocje?
- Siedzisz tu, w Wiedniu – mówiłem sobie – i rozprawiasz o wartości demokracji, chociaż (…) wiesz, że cokolwiek byś powiedział czy napisał, sprawa jest już przesądzona, przyszłość określona, coraz dłuższa, bardziej kontrolowana, zdrowa. Wszystko przesądzone. Nieskończona nuda. Prędzej czy później wszędzie będzie to samo. Kontrola nad urodzeniami i śmiercią. Coraz dłuższe i zdrowsze życie. Nie nieśmiertelność, ale długowieczność. Niepowstrzymana konieczność, konieczność, na którą składały się miriady ludzkich uczuć i pragnień, prowadziła nas do świata coraz bardziej banalnego i płaskiego.
- W starożytnej demokracji, a nawet jeszcze całkiem niedawno, sukces zależał od umiejętności przekonywania. Obecnie argument nie jest potrzebny. (…) Zdobyliśmy wolność nie wskutek powstania, ofiar, walki na śmierć i życie, ale ze zmęczenia naszych przeciwników.
- Rzucałem się niczym ryba w sieci, ale w imię czego? Moje troski, współczucie, rozpacz i miłość to iluzje. Coś tak we mnie ustawiono, że tak a nie inaczej reagowałem na bodźce. (…) Ot, na czym polega miłość. Podobnie ze współczuciem. Dlaczego nie wolno zabić drugiego, jeśli tego chce, jeśli o to prosi i jeśli niespełnienie tej prośby sprowadza na niego cierpienie? (…) Co złego jest w tym, że w imię współczucia pomagamy drugiemu umrzeć? I co? I nic. Siedziała we mnie pustka. Nie potrafiłem znaleźć żadnego zewnętrznego punktu oparcia dla swoich wyborów (…).
- Przezwyciężymy stare podziały i zaczniemy wszystko od początku. Jeśli tylko znajdziemy w sobie współczucie, litość dla każdego człowieka, to wystarczy. (…) Zdarzają się jednostki, które czują inaczej. Które zakładają domy dla chorych, pomagają dzieciom w cierpiących nędzę krajach. Ci, którzy rozumieją człowieka. Widzą, że człowieka nie da się zrozumieć bez Boga, a Boga bez człowieka. Dla nich będzie klasztor.
- Pogrążałem się w bólu i żałobie. Dobre wyrażenie – pogrążać się. Ból jest jakby morzem, otchłanią, czekającą na nas, zawsze gotową otworzyć się przed nami. Absolutna pewność, że zawsze będą na nas oczekiwały. W tej pewności odnajdywałem pocieszenie, w tym zstępowaniu ku rozpaczy i opuszczeniu odkrywałem przebłysk współczucia, które odczuwałem sam w stosunku do siebie. Ale ów spokój i pewien rodzaj melancholii, które mnie dopadły, nie trwały długo. (…) Byłem zwierzęciem, wyrzutkiem ze zwierzęcego plemienia, któremu wtłoczono rozum, myśl i świadomość (…).
Poczucie nieuchronności, które pozwalamy sobie wstrzykiwać w uczucia i implantować w rozumowanie ustawia nas w pozycji bezbronności wobec zalewającej nas beznadziei. Reaktywność staje się mechanizmem nadrzędnym w stosunku do celowości działania. Często łapię się na obawie przed niedoskonałością, a Ty? Wpadanie w syndrom perfekcjonizmu lub spiralę przeciętności, choć stanowią przeciwieństwo, to dwie strony tej samej monety, którą opłacamy własny metr kwadratowy na powierzchni świata. Zdarza się, że im bardziej człowiek jest podatny na przeciętność lub na aktywizm, zyskuje dla siebie kolejne centymetry świata i tym samym jeszcze bardziej wbija się w mainstream gustów, poglądów i wyborów, jakimi się karmi. Jak uważasz – kto i czym nas karmi? I komu na to pozwalamy?
„Chorujemy”, nie mając pewności i jednocześnie traktujemy duchowość – czyli wiarę – jako chorobę. Ludzie szczepią się na nią racjonalizmem (nie mylić z racjonalnością), aktywizmem (nie mylić z aktywnością), ludycznością (nie mylić z kulturą), a nawet magią (nie mylić z metafizycznością). Jakże łatwo przychodzi nam wybrać się na koncert, do teatru, na mecz lub w dowolne inne miejsce niż przez kilkadziesiąt minut w tygodniu przebywać w kościele lub chociaż kilka minut dziennie poświęcić na modlitwę. Co sprawia, że chwilowość wygrywa z wiecznością?
- Musi pan sam chcieć. Jeśli nie chce pan dotrzeć do dobra, to ja pana nie przekonam. Jest tylko jeden sposób ocalenia: dostrzec w sobie winę i chcieć wziąć na siebie karę, ufnie oddając się sędziemu. (…) Wystarczy to odkryć, wystarczy uniżyć się przed Bogiem i błagać go o litość. – Czyli jakąś szansę mam? – starałem się nadać mojemu głosowi kpiący ton. – Niewielką, bo należy pan do przeklętego pokolenia, do pokolenia pysznych, wyniosłych, tych wszystkich, którzy znajdują radość nie w adoracji Boga, ale w sobie. (…) Ratunek jest możliwy, dopóki czuje pan swoją nędzę. Inaczej będzie za późno. Zostanie pan wciągnięty przez grę księcia tego świata. Pogodzi się pan ostatecznie ze swoją obojętnością. Bez skruchy i pokuty człowiek popada w łapy diabła… (…) Taka namiętność wcale nie musi nas czynić lepszymi, ba, czasem wydobywa z nas najgłębsze pokłady egoizmu, dając nam złudzenie, że jesteśmy lepsi, niż to jest w istocie…
- Zresztą masz, czytaj – wręczył mi kartkę papieru, a na niej tylko dwa zdania. Przeczytałem głośno: „Gdy pójdziesz w ogień, nie spalisz się i nie strawi cię płomień. Albowiem Ja jestem z tobą, twój Bóg, Święty Izraela, Twój Zbawca”. – Co to jest? – zapytałem. – Proroctwo. Znak. Dowód – w jego głosie pojawiła się nowa siła, tak jakby obwieścił coś oczywistego, co po prostu należy przyjąć i zaakceptować. – Nie rozumiem, nic nie rozumiem. Jestem przerażony. Nie wiem, o co chodzi, co to za słowa – zamarłem. – Razem z Nataszą długo szukaliśmy rozwiązania. I wtedy, po którejś naszej bezskutecznej rozmowie, sięgnąłem do Biblii. Często tak robię, szukając odpowiedzi. To były pierwsze słowa, na które padł mój wzrok. Izajasz, 43. rozdział, drugi wers. Rozumiesz? Dla mnie od razu stało się jasne, co muszę zrobić. I że Bóg mi mówi, że mnie ocali. A teraz ty masz się stać jego narzędziem. Siedziałem ogłuszony.
- W samolocie do Warszawy pasażerowie spoglądali na mnie z szacunkiem. Może dlatego, że w drodze towarzyszył mi mój lekarz i pielęgniarka, że rozpoznali mnie, że powiedziano im, kim jestem. Stewardessy uśmiechały się przymilnie. Na lotnisku miał czekać na mnie tłum dziennikarzy. Miał przybyć premier i osobisty wysłannik prezydenta.
Bohater książki „Końcowe odliczanie. Start up projektu transczłowieka” przechodzi przez stopnie wewnętrznej metamorfozy, a może tylko czytelnik ma wrażenie, że towarzyszy przemianie. Nie jest wykluczone, że Tomasz (tak ma na imię i chyba to nie przypadek) faktycznie uwalnia się ze skorupy redukującej dotąd jego życie do pułapu wegetacji i paradoksalnie wraca do swojego prawdziwego „ja”. Autor książki Paweł Lisicki kondensuje na niespełna 300 jej stronach wszystkie współczesne ideologiczne rytuały i światopoglądowe konwenanse. Ujawnia ich utopijne podłoże i zarazem dystopijne konsekwencje. W kolejnych rozdziałach spotykamy „naszych znajomych”, może nawet Ciebie i mnie? Wszyscy przecież każdego dnia i każdej nocy błąkamy się pomiędzy tym, jacy chcielibyśmy być, a jacy jesteśmy. Paweł Lisicki w monolog wewnętrzny bohatera wkłada słowa o „miriadach ludzkich uczuć i pragnień” prowadzących „nas do świata coraz bardziej banalnego i płaskiego”.
Zapominana jest zbyt często jedna, jedyna tęsknota. Dyskretnie słyszalna jest w każdym oddechu. To więź niewidzialna – tchnienie życia danego na zawsze.
- TERAZ: Paweł Lisicki, „Końcowe odliczanie. Start up projektu transczłowieka”, Fronda, Warszawa, 2024
- POPRZEDNIO: Martin Abram, „Quo vadis. Trzecie Tysiąclecie”, Biblioteka Frondy Apostolicum, Warszawa, 2002
- W CYKLU #BLIŻEJ SŁOWA: Dziękuję za przeczytanie publikacji. Przekaż ją dalej, jeśli uważasz, że warto. Odpowiedz, jeśli chcesz i możesz, w publicznym komentarzu lub prywatnej wiadomości.