Nie ma kolorów.

Kolory są wytworem percepcji tego, co widzimy. Przejawia się w nich istota obiektów i zjawisk, jakie obejmujemy zmysłem wzroku. A jednak barwy stanowią nasze codzienne doświadczenie, a deficyt lub niemożność ich postrzegania, które wszakże dotykają niektórych ludzi, jest traktowane jako upośledzenie. Z kolorami wiążą się emocje, kolory wywołują skojarzenia, poprzez kolory wysyłamy lub odbieramy komunikaty, no i kolory bywają symbolami.

Czerwień oznaczać może silne uczucia, bezgraniczne poświęcenie, jest barwą ostrzegawczą i jest emblematem rewolucji ze wszystkimi jej cechami. Barwa różowa to optymizm przesłaniający fakty, to niejako większa objętościowa czerwień rozwodniona bezbarwnością wody i odzwierciedlenie nijakości. Z kolorem zieleni łączona jest nadzieja, ale też niedojrzałość charakteryzująca się na przykład łapczywością. Czerń – przeciwieństwo bieli, ale zestawione ze sobą niepokoją kontrastem, polaryzują i wyrażają potrzebę jednoznaczności, której odrzucenie (paradoksalnie) nie jest dwuznacznością. Przeciwieństwem tego monochromatycznego obrazu jest tęcza. Chociaż uznawana za symbol pokoju, bardziej jest ewidentną złudą i co najwyżej stanowić może tło dla wszelkiej maści kameleonów. Pod pozorem uniwersalności ukrywa pstrokaciznę i tuszuje skłonności imposybilne.

Nie ma kolorów. Są za to kształty – cechujące się rozmaitością zdefiniowaną geometrycznymi wzorami i niepoliczalną przyrodniczą fleksybilnością. Nie da się ich interpretować inaczej, niż ujmują to (choćby teoretyczne) wskaźniki lub obrazy (nawet niewidzialne gołym okiem). Od wyrażającej doskonałość kulistości, poprzez wszelkie wielościany i elipsoidy, mamy do czynienia z formami dającymi się precyzyjnie wyliczyć, zważyć, zmierzyć. Nauki ścisłe w odkryciach i hipotezach określają parametry, których spełnienie potwierdza adekwatność danej nazwy do danego fenomenu. Rzecz jasna, że uczeni nie dotarli do całej prawdy, więc nie wiemy o kształtach wszystkiego. Inną sprawą jest ich indywidualne postrzeganie. Pewne kształty dla pewnych osób jawią się jako przyjazne, miłe, pociągające. Te same kształty u innych osób nie wywołują takich wrażeń inklinując odwrotne reakcje. W przeciwieństwie do barw pozostających niejako w roli impulsu uczuć, kształty raczej skłaniają do ocen.

Postrzeganie kolorów jest synonimem subiektywizmu i indywidualizmu. Widziane kształty domagają się obiektywizmu i preferują zbiorowość. Obie tezy prowadzą do konkluzji, że nie można opierać się tylko na widzianych kolorach lub tylko na określonych kształtach. Kolorów i kształtów jest więcej, niż wiemy, ale to ich synergia otwiera przestrzeń dla obu ludzkich władz: uczuć i rozumu.

Daleko mi do przekonania, ale mam przeczucie, że jesteśmy – jako społeczeństwo, szczególnie w lokalnym wymiarze – po skrajnym przechyleniu w kierunku dominacji kolorów nad kształtami. Chciałbym bardzo, abyśmy już najbliższej jesieni zdołali spleść w jeden strumień obie sfery. Mamy wybór pomiędzy dalszym zanurzeniem w ferii barw albo wynurzeniem, by ujrzeć kształty. Nie wykluczam, iż dla odzyskania równowagi potrzebne będzie nawet odchylenie w stronę kształtów. Po fali ciepłych wrażeń być może trafimy pod zimny prysznic konkretności. Jeśli tak się nie stanie czeka nas syndrom gotującej się żaby, co na początku XXI wieku opisał francuski pisarz Olivier Clerc. Nie słyszeliście nigdy o tym? W dużym streszczeniu wygląda to mniej więcej tak… Kiedy najmniej się tego spodziewamy obudzimy się w ekstremalnej sytuacji, której nie będziemy w stanie dłużej dźwigać. Niezbędna stanie się ucieczka lub przynajmniej wymyślić jej plan. Jednak do tego czasu możemy być już tak ciężko ranni, iż nie będziemy zdolni do ewakuacji.