Kierowcy przemieszczający się w krajach, gdzie obowiązuje ruch prawostronny, doskonale wiedzą, że manewr skrętu w lewo jest obarczony większym ryzykiem i wymaga skupienia bardziej, niż skręcanie w prawo. W obu przypadkach może dojść do nieprzewidzianych okoliczności, ale zmiana pasa jazdy w lewym kierunku mnoży wektory, na których można być zaskoczonym lub zaskoczyć innych uczestników ruchu. Póki jedziemy tym samym pasem jazdy i trzymamy się tempomatu, mamy prawo czuć się bezpiecznie i zakładać bezproblemowe osiągnięcie celu podróży.

Nigdy jednak nie jest tak dobrze, że można jechać tylko do przodu, tylko prosto. Czasem trzeba zjechać z drogi, ominąć lub wyprzedzić czy też przepuścić kogoś. Zdarza się, że drogowskazy wymuszają zmianę pasa jazdy, innym razem trzeba zawrócić albo pokonać trasę wyznaczonym objazdem. Nielubiana przez wielu kierowców czynność cofania pojazdu, choć nienaturalna, może sprzyjać wyjściu z błędnie obranego kierunku, lecz w pewnych warunkach jest niedozwolona i wówczas nie pozostaje nic innego, jak nadłożyć drogi. Postoje i parkowanie to tylko pozornie banalne czynności i to niezależnie od tego czy ustawiamy pojazd przodem czy tyłem oraz czy jesteśmy obudowani elektronicznym sterowaniem, czy też musimy wstawiać auto w wyznaczony prostokąt wg własnej orientacji przestrzennej. Włączanie się do ruchu również może zaskakiwać zarówno wyjeżdżających z garażu, z ciągu zaparkowanych pojazdów, wbijających się w strumień z drogi podporządkowanej, przy bardzo dobrej i ograniczonej widoczności. Gdy na to wszystko nałożyć niepoliczalną ilość impulsów, jakimi są znaki drogowe pionowe i poziome, sygnalizacja świetlna lub reguły kodeksu drogowego, regulujący ruchem funkcjonariusze służb mundurowych lub pracownicy drogownictwa, sporadyczne przypadki uzasadnionej, koniecznej i krótkotrwałej dezorganizacji ruchu przez kierujących pojazdami uprzywilejowanymi i wreszcie rozmaite elementy rozpraszające kierowcę wewnątrz jego pojazdu, a czasem jeszcze bardziej jego ludzkie wnętrze, to mamy do czynienia z tak zawiłym konglomeratem czynników, iż od pierwszej do ostatniej chwili każda podróż samochodem, nawet w roli pasażera, jest swego rodzaju ryzykiem. Co mówić o rejsach lotniczych oraz morskich czy najbardziej – poza samochodem – dostępnych podróżach koleją.

Podróżowanie zawsze jest ryzykiem, ale to nie sprawia, że ludzie mniej podróżują. Jest odwrotnie! Spójrzmy na plan dnia: swój, bliskich, sąsiadów, znajomych, osób publicznych albo spójrzmy za okno na ruchliwe ulice. Kompletnie abstrahując od filozoficznego pryzmatu, poprzez który widzimy człowieka w kategorii homo viator, zwracając wzrok i słuch tylko na prozaiczną warstwę ludzkiej egzystencji, jaką stanowi codzienność milionów, a nawet miliardów ludzi, przemieszczających się z miejsca na miejsce na coraz dłuższych odcinkach, na trasach zmieniających się w zależności od celu podróży, ale też w wyniku zmian w układach komunikacyjnych – można postawić tezę, iż ludzkość (szczególnie w krajach rozwiniętych i rozwijających się) jest w permanentnej podróży. I nie jest to żadna przenośnia, ale konstatacja faktu.

Jeśli jesteśmy zgodni w tej ostatniej kwestii, możemy wrócić do początkowego wątku, jakim był manewr prawoskrętu. W całym powyższym kontekście ta czynność jest naturalnie preferowana. Zachowując prawidłowe odległości, sygnalizując odpowiednio wcześniej zamiar skrętu, nie musimy nawet gwałtownie zwalniać tempa jazdy czy tym bardziej hamować. Wystarczy jedynie wykonywać płynne ruchy i nawet ostry zakręt można pokonać stabilnie.

Skręt w lewo to zupełnie coś innego. Wymaga od kierowcy szeregu dodatkowych operacji i kalkulacji, wzmożonej czujności i w jeszcze większym stopniu trzymania się zasady ograniczonego zaufania do pozostałych kierujących. Wybierający ten manewr na drodze, być może nieświadomie, lepiej oddychają gdy czynność zakończy się i można o niej zapomnieć.

Około piętnaście lat temu skręcałem w dużym mieście, na zielonym świetle sygnalizacyjnym, w prawo. W lewą burtę mojego samochodu uderzył inny pojazd, który nadjechał także pod zielonym światłem, lecz skręcał w lewo. Kierująca nim nie zastosowała się do zasady pierwszeństwa przejazdu dla samochodu z prawej strony. Mam do dzisiaj wrażenie, że sądziła, iż zdąży przede mną, choć oboje musieliśmy ruszać z „zera”, więc prędkości na skrzyżowaniu nie mogły być zawrotne. Na szczęście na skrzyżowaniu nie było pieszych, ale i tak nie miałem gdzie odbić ze względu na wysokie krawężniki i słupki wzdłuż chodnika. Hamowanie nie pomogło i choć nie dostałem kopa od samochodu za mną, bo akurat nie skręcał następny po mnie, to i tak miałem poczucie, że ta stłuczka była nie tylko niegroźną w skutkach kolizją.

Wszystkich skręcających w lewo namawiam na wzmożoną ostrożność. Jeśli sam odbijam w lewo, mam elementarny dyskomfort. Pod tym względem najlepsze są autostrady, gdzie nie ma lewoskrętów, a manewr wjeżdżania na lewy pas może mieć na celu tylko omijanie lub wyprzedzanie innych samochodów (włączanie się do ruchu także polega na wsuwaniu się w sznur pojazdów jadących z naszej lewej strony, ale to niejako wyjątek od reguły). Gdy zdarza się, że jakiś kierowca sunie dłuższy czas lewym pasem (szczególnie, gdy tak zachowują się prowadzący pojazdy wysokotonażowe), nazwanie kogoś takiego „piratem drogowym” uchodzi za subtelny epitet.

Podsumowując: zasada „prawej ręki” to nie tylko reguła dobra na drogach. Na drodze pomiędzy „ty” i „ja” – tam gdzie jest „my” – spełnia się jeszcze bardziej.

Grafika: pixabay.com