Czasy są na tyle niespokojne i na tyle zdominowane przez walkę o posiadanie (pieniędzy, władzy, sławy, wpływów), że namawianie ludzi i przekonywanie samego siebie, że ten pęd nie jest faktyczną osią egzystencji, ale zaledwie jednym z produktów (bubli?) cywilizacji, jest nie lada wyczynem. A co dopiero mówić o rzeczywistym życiu w oparciu o miłość?

Z miłością jest jak z… prawdą. Cóż to jest prawda – zapytał Piłat. Cóż to jest miłość – pytało i pyta tak wielu, a nadal nie ma jednej dla wszystkich definicji tego stanu, tego fenomenu wykraczającego poza granice objaśniane metodologią badań znaczenia słów, poza ramy psychologii czy nawet psychiatrii (jak niektórzy chcieliby), poza szablony sztuki we wszelkich jej formach i schematy nauk ścisłych i filozofii – królowej nauk. Zdaje się, że jedynie teologia chrześcijańska znalazła się na brzegu przestrzeni, z perspektywy której miłość przestaje być jedynie szlifowanym rozumem abstraktem i odzyskuje walor uosobienia.

Miłość nie miałaby miligrama sensu i nanosekundy wartości, jeśli nie byłaby odniesieniem pomiędzy kochającymi się istotami. Tak postrzegana, tak odkrywana i tak przeżywana, w zasadzie nie potrzebuje opisu, bo sama diamentowo czystym i niezniszczalnym bytem. Możemy jej dotykać, przez nią widzieć drugą osobę i być przez nią widzianym.

Dowiedziałem się o śmierci Dolores O’Riordan i chociaż nie byłem jakimś szczególnie gorliwym admiratorem The Cranberries, to wokal irlandzkiej wokalistki należał do tych niewielu charakterystycznych głosów, które utrwaliły się w mojej pamięci. Zapewne, jak wielu fanów, przeszukiwałem dzisiaj zasoby sieciowe, aby przypomnieć sobie jej postać, a nade wszystko jej śpiew. Trafiłem m.in. na piosenkę „When You’re Gone”, w której pojawia się fraza o tym, by trzymać się miłości.