Są chwile graniczne – takie, których uświadomiona nieodwracalność, nakazują stawiać, sobie przede wszystkim, pytania zasadniczej natury. Czy zdążyłem uczynić to, co należało? Dlaczego nie dopełniłem powinności? W jakim miejscu jestem, aby móc myśleć o tym, co ma nadejść?

W kontraście do tchnącej nacechowaną życiodajnym światłem i ciepłem aurą, mijający dzień zaznaczył się chłodnymi egzystencjalnymi doświadczeniami. Otoczenie kołysało się z powodu dnia kobiet. We mnie pulsowały inne wrażenia i tylko dostatecznemu tempu zdarzeń zawdzięczam emocjonalnie stabilny finał mijającej doby.

24 godziny temu dzień zapowiadał się zupełnie inaczej, a przynajmniej pierwsza jego część. Nauczyłem się już przez przeszłe okoliczności, że nie mając wpływu na bieg spraw czy też będąc na ich marginesie, nie powinienem się gorączkować czy obwiniać. Gorączka myślowa jednak pojawiła się. Na szczęście rozsądek wygrał i pod koniec dnia traktuję kolejną ze wszech miar zaskakującą sytuację jako nową lekcję życia. Dziesięć lat temu i więcej, wrzucałbym wszystkie zasoby energii serca i umysłu, by zastane warunki zmienić. Teraz dystansuję się do faktu wywołującego we mnie negatywne emocje, aby mój stosunek doń był bardziej racjonalny i wyważony. Nie odwracam się od problemu, lecz rozglądam się za inną drogą lub za sposobem usunięcia przeszkody. Być może taka formuła reagowania na kryzys (a polityka jest permanentnym kryzysem ze względu na swoją postpolityczną dominantę) staje się moją zasadą zbyt późno, bo ról politycznych już się nie podejmuję. Widzę jednak, że nawet będąc obserwatorem, analitykiem czy doradcą, zdolność horyzontalizowania postrzeganego obrazu jest nieodzowna. Niewykluczone, że zdolność ta nie mniej jest potrzebna podejmującym się ról politycznych. Gdy wertykalizują swój punkt widzenia, łatwiej jest o nieodwracalny błąd, a już z pewnością rozszerza się pole szkód, których odwrócenie może być niezwykle kosztowne. Czytających te słowa proszę o wyrozumiałość wobec powyższych ogólników. Konkretność nie służyłaby niczemu i nikomu, bo zabrakłoby czasu i miejsca na konkluzje. Zimny prysznic, nie pierwszy i (przypuszczalnie) nie ostatni mam za sobą.

Po raz pierwszy spotkaliśmy się w poufnych warunkach ponad dwanaście lat temu. Widziałem przed sobą człowieka, który bardzo ostrożnie, ale szczerze wyjawiał to, co niepokoiło go w kontekście spraw naszej lokalnej społeczności. Później znalazł się w mniejszościowej grupie radnych, gdy pełniłem zaszczytną funkcję burmistrza Ząbkowic Śląskich. Śp. Marian Tokarczyk przez całe cztery lata stawiał sprawy jasno, ale miał w sobie coś z dyplomaty. Przez całą kadencję byliśmy, jako środowisko klubu „Ziemia Ząbkowicka” bezwzględnie bombardowani ostracyzmem, negacją i pomówieniami. Marian potrafił doszukiwać się w tych wybitnie niesprzyjających systematycznej pracy warunkach tych punktów, które pozwalały nam wszystkim widzieć punkt widzenia naszych oponentów. Gdy rozmawialiśmy, czasem na Jego wyraźne życzenie, w cztery oczy, mówił bardzo konkretnie, ale wiele dopowiadał spojrzeniem. Oczy były u Mariana otwartą księgą. Gdy nie mogłem skrzyżować z Nim wzroku, czułem, że tracę z Nim kontakt albo On z jakichś względów nie szuka. Czasem to było sygnałem, że jest dobrze, ale bywało to również symptomem niesprzyjających zdarzeń. Dzisiaj pożegnaliśmy śp. Mariana Tokarczyka i było to dla mnie szczególnie smutne przeżycie. Kapłan celebrujący liturgię pogrzebową przytomnie, bo z chrześcijańską wiarą, przypomniał, że „grób, to nie koniec, to początek…”

Odpoczywaj, Marianie, w pokoju wiecznym. Niech Pan Bóg wynagrodzi wszystkie zadane Tobie krzywdy i odda dobro, z jakim wychodziłeś do ludzi – tutaj, wśród nas, w Ząbkowicach Śląskich.