Głęboko oddycham. Bioklimat odczuwany zmysłami idzie w parze z mikroklimatem dla duszy. To ożywcze misterium miejsca.

Sokołowsko jest szczególnym zakątkiem naszego regionu. Miasteczko (choć administracyjnie to wieś) położone w topograficznej i komunikacyjnej niszy tym właśnie czynnikom zawdzięcza niezwykłą atmosferę. Nie chcę tu wkraczać w domenę funkcjonowania Sokołowska pod względem społecznym, kulturalnym czy gospodarczym. Nie mam dość wiedzy na ten temat i widząc pozytywne zmiany wizerunkowe nie zapominam o tym, iż podobnie jak w wielu dolnośląskich miejscowościach, potrzeba jeszcze olbrzymiego wysiłku i mnóstwa nakładów, by ten obraz był lepszy. Chcę w tym miejscu zapisać zupełnie inny rodzaj wrażeń, jakich tu doznaję.

Nie bywam w Sokołowsku codziennie, ale na tyle często, aby już móc odczytywać poprzez sferę materialną jego niewidzialną aurę. Jeśli przyjąć, że Sokołowsko jest zakątkiem na mapie regionu, to magnetycznie działają na mnie zakątki tego zakątka. Ile razy spaceruję na przykład przy stawikach w pobliżu ulicy Parkowej, tyle razy odnoszę wrażenie, że nurkuję w zupełnie innym świecie. Nie dość, że jest cicho, to jeszcze wilgotność powietrza, sosnowy zapach drzew i jakby inna temperatura powietrza utrzymująca się w tym obrębie, czynią niemal cuda. To swoista kapsuła, z której nie chce się wychodzić.

W tej samej okolicy jest jeszcze jedna perła. To maleńka cerkiew prawosławna Świętego Archanioła Michała. Powstała ponad 110 lat temu z zamysłem sprawowania tu posługi dla licznie przybywających do Sokołowska kuracjusz wyznania prawosławnego. W czasie wojny świątynia została rozgrabiona, a po wojnie dewastowano ją. Przez jakiś czas była nawet (!) kostnicą dla miejscowej placówki służby zdrowia, potem domkiem letniskowym. W latach 90. minionego wieku władze Cerkwi odzyskały prawa do niej i przywróciły ją dla kultu. Na początku XXI w. kościółek odzyskał piękno – zarówno wnętrze, jak i jego filigranowa bryła zostały z pietyzmem odnowione i wyposażone. Dzisiaj miałem szczęście wejść do środka (nie zawsze udaje mi się trafić na czas, gdy jest na miejscu ktoś z gospodarzy miejscowej parafii). Spotkałem bowiem brata Łukasza, który umożliwił mi chwilę modlitwy w nawie i mogłem ucałować ikonę ułożoną na anałojczyku. Za każdym razem, będąc wewnątrz tej cerkwi, nie mogę się nasycić wspaniałym wizerunkiem Chrystusa zmartwychwstałego na sklepieniu kopuły. Chrystus w białej szacie, emanujący nieskończoną mocą, wychodzi z piekieł i trzyma za ręce dwoje ludzi: Ewę i Adama. Czy można wyobrazić sobie bardziej czytelny symbol tego, czym jest zmartwychwstanie następujące po odkupieńczej śmierci na Krzyżu? Brat Łukasz taktownie milczał tak długo, jak tego potrzebowałem. Chyba dostrzegł, że wpatrywałem się w ten obraz, bo gdy przerwałem ciszę chcąc podziękować za gościnność, starał się wygłosić naprędce ułożone świadectwo. Choć wcześniej wyjaśniłem, że jestem katolikiem, nie było między nami cienia braku wzajemnego rozumienia duchowej energii płynącej z miejsca, w jakim przebywaliśmy. Wychodząc z półmroku panującego w cerkiewce na otaczającą ją, pełną zieleni, nasłonecznioną przestrzeń, doznałem przez chwilę czegoś niezwykłego. Przeszło mi przez myśl, że…

Nie warto nigdzie skręcać, trzeba posuwać się do przodu. Dobrze jest raz na jakiś czas zanurzyć w na co dzień niedostępnej sferze nie tylko po to, by oderwać się od zawrotności i przewrotności świata. Nie myślę tu o ucieczce od świata, lecz o pewnym rodzaju odosobnienia. I pozwolić się objąć Temu, który kocha, by doznać i dać się przeniknąć ciepłem, słodyczą i pięknem, jakie z miłości daj nam. Gdy nadchodzi chwila powrotu – wynurzenia się, wówczas myśli i uczucia są bliższe sobie. Może na chwilkę lekko mrużymy oczy i owiewa nas chłodniejsze powietrze, to wnętrze jest odnowione. Jesteśmy zdolni do tego, by dalej iść.