Śmierć polskiej świeckiej misjonarki zamordowanej w Boliwii potrząsnęła na chwilę świadomością tzw. opinii publicznej. Ta sama tzw. „opinia publiczna” z dystansem traktuje trwającą od kilkunastu dni kampanię informacyjną, której celem jest pokazanie prawdy o niemieckich obozach koncentracyjnych, które wedle narracji niektórych ośrodków politycznych i medialnych określane są jako „polskie”, a popełnione w nich ludobójstwo przypisywane jest nazistom, a nie Niemcom.  Kilkanaście dni temu w naszym mieście doszło do okrutnej zbrodni. Kilkadziesiąt ciosów nożem doprowadziło do śmierci kilkunastoletnią dziewczynę, a zabójca sam zgłosił się na policję. Reakcje ludzi, wyrażane w prywatnych rozmowach czy na forach internetowych były mieszanką rozpaczy, współczucia – z jednej strony – oraz wściekłości i złorzeczenia – z drugiej. Wspólne było domaganie się surowej kary dla zabójcy.

To, co nazywamy „opinią publiczną”, a w rzeczywistości jest średnią z reakcji jakieś społeczności na określone zdarzenie, zjawisko czy proces. Bywa przewidywalna, ale też zmienna i podatna na czynniki irracjonalne. Ma też cechę anonimowości zwalniającej wyrażane przez nią stanowiska z odpowiedzialności za ich treść i skutki. Co więcej, można powoływać się na „opinię publiczną” bez jakichkolwiek weryfikowalnych źródeł. I jeszcze jedno. Opinia publiczna jest aktem krótkotrwałym. Jeśli nawet jej motywacje są autentyczne, to są powierzchowne i niezobowiązujące. Dlaczego zatem tak często skłonni jesteśmy powoływać się na „opinię publiczną” czy też się nią zasłaniać albo jej obawiać? Skoro przypomina mgłę, skąd przeświadczenie, u niektórych graniczące z przekonaniem, iż jest kamieniem?

Jest jeszcze druga strona medalu. „Opinią publiczną” można posługiwać się jak cepem lub kijem bejsbolowym. Kruchego można bezceremonialnie stłamsić, twardy czasem się obroni, ale strawi energię, by bronić się zamiast iść do przodu. Nie dający się zdefiniować, koncentrujący się pod impulsem skrajnych emocji mur zasłania albo brak konstruktywnego hasła lub jakieś partykularne cele. Zakodowany tłum, niczym tłuszcza, chętnie wlewa się w miejsca na co dzień niedostępne, by zaspokoić przeróżne rządze. Kod pozostaje w rękach ludzi, którzy chcą w tych miejscach zostać dłużej po tym, gdy masa rozproszy się w drodze powrotnej do swoich codziennych smutków czy uciech.

Oba, wspomniane na wstępie, przypadki poruszają mnie, ciebie, nas. Nie jesteśmy „opinią publiczną”, lecz konkretnymi osobami. To, jak reagujemy na zdarzenia i zjawiska blisko nas czy toczące się gdzieś dalej, a nawet na problemy, które nie dotyczą nas bezpośrednio, nie jest obojętne.