Urzędnicy burmistrza Marcina Orzeszka pochwalili się, że „Ząbkowice Śląskie rozbudowują się!”. Zarówno tekst notatki opublikowanej w gminnym serwisie internetowym, jak i samo zdjęcie, ujawniają – co stwierdzić trzeba z przykrością, rozczarowaniem, ale i niepokojem – na urbanistyczną ignorancję autora / autorki / autorów medialnego komunikatu. Nawet pod względem wizerunkowym cała ta treść jest antyreklamą miasta.  

Urbanizacja polega na koncentrowaniu ludności na określonym. Jej zaprzeczeniem jest wylewanie się obiektów oraz związanej z nimi infrastruktury technicznej poza obszar, który nie został optymalnie zagospodarowany. Faktyczny rozwój miasta, rozumiany także jako powiększanie jego powierzchni, polega najpierw na optymalnym (maksymalnym?) wykorzystaniu terenów już będących w zasięgu elementarnego zestawu systemów i urządzeń warunkujących normalne funkcjonowanie domostw, instytucji, przedsiębiorstw, punktów usługowych, etc.

W latach 2007 – 2010 na wiele sposób usiłowano wymusić na mnie decyzje o sprzedawaniu gruntów pod zabudowę mieszkaniową i usługową na wschodniej części Ząbkowic Śląskich. Przywoływano między innymi – sardonicznie – tezy mojego programu wyborczego z 2006 r. Twierdziłem wtedy, i nadal tak uważam, że jedynym rozwojowym dla naszego miasta kierunkiem jest wschodnia jego cześć. Mówiłem nawet o potencjale kreowania jeśli nie nowego centrum, to alternatywnego dla tradycyjnego, jakim jest oczywiście staromiejski Rynek, punktu skupiającego istotne funkcjonalności miejskie. Wracając do kwestii budownictwa mieszkaniowego i usługowego za istniejącymi osiedlami „słonecznym” i „kwiatowym” mój opór wynikał z przekonania, że należy cały ten areał zaprojektować, następnie uzbroić (najlepiej przy pomocy środków zewnętrznych), dopiero w trzecim kroku umożliwiać zagospodarowywanie poszczególnych kwartałów zainteresowanym inwestorom – oczywiście w wyniku procedur przetargowych. Zbywane w ten sposób tereny byłyby droższe na wejściu – to prawda, ale też przez to właśnie atrakcyjniejsze. Uważam, że lepiej jest wybudować dom jednorodzinny czy jakiś wielofunkcyjny budynek pod wynajem dla handlowców czy usługodawców, mając pod ziemią i na jej powierzchni wszystko to, co wiąże się z komfortem codziennego życia lub wiedząc, że cała ta tkanka infrastrukturalna powstanie równolegle z „moją” inwestycją lub tuż po niej.

Rozwój miasta musi godzić interes ogółu (za co odpowiada samorząd gminny) z potrzebami indywidualnymi (co najlepiej zostawić samym zainteresowanym). Od tego są między innymi plany zagospodarowania przestrzennego, aby samorząd (czyli mieszkańcy) określił swoją wizję istnienia i rozwoju danego obszaru jako pewnej całości, na kanwie której inwestorzy będą mogli realizować swoje indywidualne plany i projekty. Jeśli się tę kolejność odwraca, być może zadowoleni są ci, którzy zaspokajają swoje potrzeby i spełniają swoje cele, ale oddalamy się tym nie tylko od pojęcia wspólnoty lokalnej, ale przede wszystkim od miastotwórczego trybu postępowania. Po 2010 roku, tj. od chwili, gdy miastem zarządza Marcin Orzeszek,  tak się właśnie dzieje.

Magistraccy urzędnicy, podlegli burmistrzowi, zamiast odpowiedzialne wpływać na rozwój Ząbkowic Śląskich, przechwalają się statystykami sprzedanych wielokątów ziemi. Utożsamiają to z atrakcyjnością miasta, bo „na dzień dzisiejszy” budżet ma ze sprzedaży gruntów określone w sprawozdaniach dochody, rosną domki jak grzyby po deszczu, kreskom uliczek pomiędzy budującymi się domami przydziela się kolejne nazwy, więc jest wrażenie sukcesu. Tylko wrażenie, bo nie ma ulic i chodników, nie ma kompletnej infrastruktury technicznej, i nie ma czytelnej (określonej przynajmniej rokiem) perspektywy wyposażenia, zapełnianego przez budujących domy, obszaru w naturalne elementy infrastrukturalne i architektoniczne.

Ludzie są zajęci budowaniem domów. Jakoś rozwiązują napotykane przeszkody formalne (słyszałem np. o braku precyzji w ustaleniach granic nieruchomości) i egzystencjalne (jesienią brną przez błoto, latem toną w kurzu, nocą jest ciemno, itp.) – są zdeterminowani, bo często budują domy dla swoich rodzin, na co wzięli kredyty lub pożyczyli pieniądze od bliskich. Działki były tanie, więc „poszli na całość”. Gdy jednak wyjdą z etapu urządzania swoich nowych gniazd, będą się domagać od gospodarzy miasta, by wykonali to, co do nich należy. Uliczki nie są prywatne, lecz gminne, więc trzeba je zaprojektować i wybudować przewidując określony ruch pojazdów, pieszych, cyklistów, a więc cały układ komunikacyjny uwzględniający m.in. brak barier dla osób niepełnosprawnych czy priorytet pieszych oraz miejsca postojowe (zakładamy, że mieszkańcy będą mieli garaże), a może także komunikację zbiorową. Inne zadania? Proszę: dostarczenie wody, odbiór odpadów stałych i płynnych, energia elektryczna i oświetlenie uliczne, kanalizacja deszczowa, dostęp do miejskiej sieci grzewczej, dostęp do sieci gazowej, „mała architektura”, zieleń, być może monitoring wizyjny, być może plac zabaw, miniboisko, być może lokalna przychodnia zdrowia, niewykluczony żłobek i przedszkole (domów raczej nie budują seniorzy), może jakieś miejsce spotkań sąsiedzkich, była już jakiś czas temu mowa o budowie kaplicy i punktu dobroczynności, pojawi się zapotrzebowanie na światłowód dostarczający sygnał internetowy, telewizyjny, usługi bezpieczeństwa. Są zresztą różne i sprawdzone metody badania oczekiwań mieszkańców tworzących się obrębów miejskich.

Nowe osiedle to nie nowa sypialnia! Większość z wyżej wymienionych elementów życia osiedlowego, to bezpośrednio zadanie administracji komunalnej albo jej nieodzowna rola przy tworzeniu warunków dla innych podmiotów, które są w stanie odpowiedzieć na oczywiste cywilizacyjne potrzeby mieszkańców. Tania (jak w hurtowni sprzedaż działek pozwala włączać propagandowe okienka w mediach. O tym, czy „Ząbkowice Śląskie rozbudowują się” mogą powiedzieć sami mieszkańcy, szczególnie nowych osiedli oraz ci, którzy swojego mieszkania nie mają, a z powodu niskich dochodów nie stać ich na budowę własnego domu.