O ile na widok wizualnej szpetoty w przestrzeni wokół można odwrócić wzrok, o ile brudu i nieładu można unikać, o tyle nie ma skutecznego sposobu separowania się od jednej z najbardziej agresywnych bolączek życia w społeczeństwie, jaką jest hałas.

Z hałasem jest jak z mroźnym powietrzem – zawsze nas gdzieś dopadnie. Od upału możemy się schronić w chłodnym pomieszczeniu lub ulżyć sobie, popijając coś lodowatego, ale gdy chwyci trzaskający mróz, zmarznie nam nos. Jak nęka nas cisza, wystarczy postukać palcami po stole – cisza znika jak ręką odjął. Jeśli jednak dociera do nas niepożądany dźwięk, nie zawsze możemy „wyłączyć” jego fale, a jeśli nawet, to bywa, że memoryczny ślad potrafi zepsuć efekt. Już od samej liczby źródeł fal dźwiękowych, z jakimi stykamy się (nawet w trakcie snu), nomen-omen szumi w głowie. Jest już dość późno, ale poza dyskretnym (systematycznie aktywnym) szumem komputera, charakterystycznymi kliknięciami klawiatury (przeważnie piszę na klawiaturze analogowej), słyszę co pewien czas z zewnątrz przejeżdżające samochody. To jest pora nocna, miejsce, w jakim się znajduję, ma cechy zacisza, zatem można mówić o ciszy. Wystarczy jednak obudzić się rano, by nagromadzenie akustycznych impulsów geometrycznie narastało. Mam szczęście mieszkać w takim kwartale miasta i przy takim segmencie ulicy, gdzie nocą jest raczej cicho, ale wystarczyłoby dosłownie przejść kilkadziesiąt metrów, by znaleźć się przy znacznie bardziej ruchliwej trasie śródmiejskiej, gdzie uliczny szum prawie nie ustaje. Gdyby przenieść się nieco dalej w kierunku centrum – jak w każdym mieście – praktycznie nie sposób mówić choćby o chwili ciszy. Tak było, jest i będzie, nie ma na to alternatywy w ośrodkach miejskich. Po prostu trzeba się z tym oswoić, bo ani dekretem, ani obyczajem nie sposób wyeliminować mniej lub bardziej dokuczliwego hałasu. Przyjaźniej jest pod tym względem w mniejszych miastach i na wsiach. Można oniemieć z wrażenia, gdy człowiek znajdzie się w przestrzeni wolnej od hałasu.

 „Hałas stał się jak narkotyk, od którego współcześni ludzie są uzależnieni. Ze swoim odświętnym wyglądem, hałas jest jak wir, który odwodzi od spojrzenia sobie w twarz i konfrontacji z wewnętrzną pustką. Jest to diaboliczne kłamstwo. Przebudzenie może być tylko brutalne.” Takie zdania przeczytałem w wywiadzie, jakiego udzielił jeden z najwybitniejszych purpuratów ks. kardynał Robert Sarah. Wydał on niedawno książkę pt. „Siła ciszy”, w której zawarł m.in. rozprawę o dyktaturze hałasu.

Zetknąłem się kilka razy z takimi miejscami, gdzie panowała cisza. Nie mam tu na myśli pomieszczeń, bo to odmienna i nieco ekskluzywna kategoria (klasztory, kościoły, sale kinowe czy teatralne, studia radiowe). Za każdym razem byłem urzeczony doznaniem ciszy. Porównałbym to doświadczenie z odczuciami towarzyszącymi kąpieli w morzu lub jeziorze w samym środku nocy. Chyba coś jest w tym zbiegu fenomenu ciszy i lekkości, bo od jakiegoś czasu widzę oferty floatingu. Być może moja wyszukiwarka „zauważyła”, że wpisuję słowo „cisza” lub pokrewne mu i jestem potencjalnym klientem tych, którzy proponują odpoczynek w kapsułach antygrawitacyjnych. Jednym z elementów tego wynalazku, poza wrażeniem utraty wagi i całkowitą ciemnością, jest właśnie absolutna cisza.

Jednak cisza nie jest celem samym w sobie. Rewersem „ciszy” jest „milczenie”. Jedno i drugie uzdalnia nas do słuchania. A właśnie od niesłuchania i wielomówstwa, od przekrzykiwania i zakrzykiwania się czerpie początek nieporozumienie będące korzeniem nieufności.