Sprawia wrażenie przyjaznego. Liczy na moją pomoc. Bywa niepewny siebie i jakby chciał dzielić się sobą. Szuka pretekstu do rozmowy. Nie szuka poklasku i stroni od taniej popularności. W chwilach szczerości ujawnia wrażliwość. Nie kryje swoich słabości. Demonstruje nawet skłonność do przyjmowania krytycznych uwag. Nie odmawia wsłuchiwania się w racje innych.  

Tak mniej więcej sześciu lat. Pojawia się co pewien czas. Zawsze w pozytywnym kontekście. Gdy sen urywa się, uzmysławiam sobie ze zdwojoną siłą, że te niekontrolowalne konfabulacje podświadomości i czegoś jeszcze tam, co sprawia, że miewamy senne marzenia, to kompletna odwrotność rzeczywistości. Powtarzalność tego zjawiska jest o nieco frapująca, bo nie znajduję żadnego związku pomiędzy zdarzenia tuż przed i tym, czego spodziewam się tuż po. Nie mam psychoanalitycznych inklinacji i nie będę wdawał się w interpretowania tych subrealnych wizji. Przyznam nawet, że wolałbym nie budzić się po wizytach takich zjaw, bo za każdym razem – zanim się przebudzę – plącze się po mnie bezpodstawne przypuszczenie, że wreszcie jesteśmy w stanie mówić jednym językiem i motywować się wspólnymi celami, nawet idąc ku nim różnymi drogami. Minionej nocy przyśnił mi się znowu. Palił papierosy i był niezadowolony z siebie. Przypominał własne słowa o dążeniu do doskonałości (wygłoszone, gdy jeszcze nie śnił mi się) i zastanawiał się nad sposobem publicznego przyznania się do tego, że formułując ten cel, zamierzał wywiązać się z tej deklaracji. Dotrzymywania słowa to przecież jego silna strona.

Dlaczego bowiem nie miałbym tego chcieć, nawet jeśli to, co malowane jest w snach, w istocie jest lustrzanym odbiciem faktów.