Egzystujemy nieustannie na krawędzi źródła i celu. Wewnętrznie kreuje nas to, skąd i dokąd zmierzamy. Jednocześnie cała zewnętrzność skoncentrowana jest na zespoleniu czasu i miejsca, w jakim definiujemy swoją tożsamość, z jakimi wiążemy aktywność codzienności, i co organizuje nam teraźniejszość.

Immanentna energochłonność doraźności jest niewspółmierna wobec wagi jej treści, gdy zestawić ciężar właściwy tego, co nas – osoby ludzkie – wynosi i ukierunkowuje w wymiarze wieczności. Wiara chrześcijańska stawia te kwestie werbalnie dość jasno i prosto, a historia Kościoła to pochód biografii znanych i nieznanych świętych. Dowiedli oni bezsprzecznie, aczkolwiek nie bez kontrowersji, dominanty duchowości nad pierwiastkami materialności. Nie ma tu równoznaczności, aczkolwiek z perspektywy pragmatyzmu, wydaje się być przeciwnie. Mówi się niekiedy o równowadze pomiędzy duszą i ciałem ze wszystkimi tego konsekwencjami. Trywializując (i to bardzo!): najdroższe auto nie pojedzie jednego kilometra bez paliwa, które za grosze kupić można w stacji paliw, ale też co mi po cysternie z tymże wysokooktanowym paliwem, jak mam tylko dziurawe buty. Te dylematy rozstrzygamy na co dzień i mniej lub bardziej świadomie raz pucujemy pojazd, a raz sączymy paliwo, podczas gdy jedno i drugie czyni nas mobilnymi.

Jesteśmy od rana do wieczora na drodze wiodącej po grani. Targani własnymi niepewnościami i podmuchami przeciwnych sił, miotamy się pomiędzy obawą przed upadkiem a tęsknotą wzlotu. Oglądamy się wstecz i wypatrujemy tego, co przed nami, a jednocześnie wbijamy wzrok w to, co pod nogami i kurczowo chwytamy się wszystkiego, co daje poczucie stabilności. Nie jesteśmy sobą, gdy musimy ograniczyć się do tego, co jest tu i teraz. Pociąga nas to, co niespotkane i nieodkryte. Jesteśmy gdzieś pomiędzy mikrokosmosem chwili a makrokosmosem nieskończoności.