W najmniej spodziewanym miejscu, o najmniej spodziewanej chwili, w zupełnie nieprzewidziany sposób, w nieznanym dotąd stylu, w niepowtarzalnej aurze okoliczności; niepozorna, nieznana, nieśmiała (z pierwszego wrażenia); niebanalnym tekstem i nieobojętną melodią (których jest autorką) – dziewczyna z pochodząca z niewielkiej miejscowości, o której dotąd nie słyszałem – zadała fundamentalne pytanie.

Tefałpe trąbiła od pewnego czasu o pewnej wokalistce, za którą – jak powtarzano – tęsknią telewidzowie. Natarcie marketingowe było już tak nużące, że gdy dzisiaj wracałem z Wrocławia i bratnie radio powielało ten przekaz, przełączyłem na konkurencyjną i lubianą przeze mnie stację nadającą „najpiękniejsze melodie filmowe”. Gdy kilka godzin temu, sześciokrotnie przebierająca się matrona polskiej sceny, porwała w wir swoich fanów, co pokazywano na głównym ekranie telewizorni, miałem na szczęście inne zajęcie. Byłem bowiem bardzo ciekaw, zapowiedzianego na godziny nocne koncertu debiutów. Owa matrona czy może matryca polskiego wokalnego szołmeństwa i wszystko, co ją otaczało ma prawo podobać się tysiącom tysięcy i mnie nic do tego. Mnie natomiast bardzo intrygowało to, co nowe. I wreszcie doczekałem się. Lepiej późno, niż wcale, więc nie mam co narzekać. To był oddech świeżości, choć zanim z pączka rozwinie się kwiat, trzeba jeszcze sporo poczekać i popracować.

Wśród nich, pojawiła się wokalistka powstałego w 2015 r. zespołu pod intrygującą nazwą „MOA”. To Marta Fitowska, wspólnie z Łukaszem Spoczyńskim współzałożycielka grupy „MOA” grającej w nurcie indie/britpop. W minione wakacje koncertowali w Chinach, a do konkursu debiutów festiwalu w Opolu zakwalifikowali się już wiosną tego roku. Piosenka, z którą weszli na krajową scenę – moim skromnym zdaniem – jest pod każdym względem arcydziełem muzyki popularnej. W 2016 r. Marta Fitowska napisała słowa, wspólnie z Łukaszem Spoczyńskim skomponowała muzykę i przed chwilą wykonała piosenkę, o jakiej chyba nikt nie marzył, i której można było nie spodziewać się w opolskim tyglu. Jeśli nagroda, jaką „MOA” zdobyła kilkanaście chwil temu od festiwalowego jury otworzy im drzwi do rozwoju niewątpliwego talentu i jeśli jednocześnie nie zawróci im to w głowie, to możemy mieć nie gwiazdę supernową, ale super nową gwiazdę polskiej wokalistyki popowej. Gwiazdę wymykającą się totalnie skomercjalizowanym trendom scenicznym, gdzie doskonale sprzedaje się błyskotki, bo już nawet nie błyskotliwość. Jestem urzeczony tym, co zaśpiewali oraz tym jak zaśpiewali. Fenomenalnie skupili zmysły na tym, co budzi umysł i serce, bardzo subtelnie poruszając się po tym, co słyszalne i jeszcze skromniej po tym, co widzialne. To jednak nie wszystko…

Marta Fitowska najpierw napisała i skomponowała, a następnie wyśpiewała i całą sobą poddała pod uwagę absolutnie ważną i jednocześnie bardzo skrywaną w duszach wielu z nas kwestię. To było tytułowe: „Ile udźwignie niebo…” (w wersji oryginalnej nie ma pytajnika, choć tytuł zdaje się pytaniem być). Powtarzana w przejmujący sposób fraza: „Jak dużo niebo może znieść, gdy modlę się…” znajduje dobitne uzupełnienie, gdy słyszymy: „Skąd wiedzieć już czy moje łzy udźwignie też…” Marta Fitowska – już jako laureatka, niemal przed chwilą zaśpiewała raz jeszcze swój piękny utwór. Jest blisko północy i być może dzięki tej piosence nie jedna osoba zastanawia się nad wagą łez.