Skojarzenie z konklawe słuszne, ale na analogii kończy się.
Zazwyczaj pomiędzy chwilą, gdy biały dym wydobywa się z komina nad Kaplicą Sykstyńską i sygnalizuje, że wybrano papieża, a momentem ogłoszenia kto stał się następcą Chrystusa na ziemi i jego ukazaniem się w logii bazyliki św. Piotra, wielu ludzi będących poza watykańską strefą „cum clave”, gorączkowo zastanawia się czy i jak zmieni się życie Kościoła, skoro już jest nowy „pastor pastorum”. Doświadczenie historii potwierdza, że kierunek, w jakim idzie Kościół, nie zmienia się, bo wyznaczył go sam Jezus Chrystus. Zmieniamy natomiast „buty”, w których idziemy jako katolicy na spotkanie z Panem. Dym znad Sykstyny symbolizuje krótkotrwałość domniemań, które szybko ustępują przeświadczeniom i pewnościom.
Powyższy „eklezjologiczny skrót myślowy” przyszedł mi parę dni temu na myśl, gdy po serii okoliczności, z których każda zdawała się początkowo komplikacją, okazywało się stopniowo, że właśnie taki, a nie inny ich przebieg prowadził do dobrego rezultatu. Biały dymek wydobywający się z komina nad pewnym małym budyneczkiem, w którym w każdy dzień powszedni przewijają się setki ludzi z mnóstwem osobistych bolesnych balastów, snuł się pod wpływem wiatru raz w lewo, raz w prawo, w innej chwili płaszczył się, aby po sekundzie unosić się prosto do góry.
Choć początkowo uznawałem, że „muszę” czymś zająć wzrok, aby dać oddech myślom, ów balet zwiewności zdawał się metaforycznie przypominać, że całe to zabieganie, zaniepokojenie, zdezorientowanie i wszelkie inne rozedrgane emocje, nie mogą zdominować sytuacji. Dlaczego? Bo jest inny plan, a zbieg okoliczności, a nawet może zamysł sprawia, że mimo meandrów znaleźć się zdołam w dobrym położeniu i to za sprawą ludzi, obecności których i ich roli w układance zdarzeń nie dało się przewidzieć.
Warto czytać rzeczywistość ze zrozumieniem, a nie tylko literalnie.













