Jak często łapiemy się na marzeniu o świecie idealnym, w którym nikt z nikim się o nic nie spiera, a każdy z każdym się zgadza? Ile razy dziennie wydaje się nam, że byłoby cudownie, gdybyśmy mieli te same poglądy, tę samą walutę i te same… kabelki do ładowarek smartfonów. Gdy dodać do tego wspólny dla wszystkich ludzi język oraz światowy rząd zatroskany o równość, zdrowie i globalne braterstwo, majaczy przed nami idylliczny miraż, do którego chciejmy tylko dążyć.
Mało kto zauważa, iż owe świetlane koncepcje powszechnej międzyludzkiej zgody i wyobrażeń o jednolitym globalnym organizmie społecznym były (i są) zawsze forpocztą politycznych i ekonomicznych projektów władzę absolutną. Mamienie ludzi wszechogarniającą jednomyślnością wyprzedza każdy totalitaryzm. Rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę z utopijnego charakteru takich planów, bo utkane są w pociągające frazy wygłaszane z wszelkich dostępnych mównic. Dzięki sile mediów elektronicznych są błyskawicznie multiplikowane, naturalnie i sztucznie lewarowane, a każdy przejaw sceptycyzmu czy oporu błyskawicznie jest traktowany jako zacofanie, zaściankowość, ciemnogród, fanatyzm i upór. Słowo „konserwatyzm” w tym kontekście ma negatywną konotację, a słowo „tradycja” utożsamiane jest z anachronizmem. „Średniowiecze” wbrew historycznym faktom uchodzi za epokę kulturalnej i intelektualnej próżni. Całe zresztą mnóstwo pojęć ulega eufemizacji i oksymoronizacji, co sprawia, że człowiek mówiąc „a” nie może być pewny, że inni nie rozumieją tego jako „b”, a nawet „z”. I odwrotnie, słyszysz „z”, a mówca ma na myśli „a”. Chaos semantyczny ma coraz gwałtowniejsze reperkusje w realnej praktyce gospodarki, nauki, sztuki, polityki, etyki i wiary. Najnowszym odbiciem owego zamętu jest lawa socjologiczna w postaci tzw. kultury woke, o czym już w cyklu #BliżejSłowa pisałem.
Ten #List jest najtrudniejszy i wymagać będzie od Ciebie szczególnie dużej dozy wytrwałości. Opowieść, na kanwie której piszę niniejsze rozważanie, jest epicka. Nie sposób więc sprowadzić ją do dwóch lub trzech wyimków i nie mogą one być krótkie. Rzecz jasna nie otrzymujesz tu streszczenia czy tym bardziej informacji o puencie narracji. Może natomiast zdołam odsłonić ideę niesioną nieco poetyckim językiem i profetyzmem autora poruszonego niepokojem o to, co widział jako przyszłość, a co dla nas zdaje się być teraźniejszością.
Tym razem #List w jakimś sensie zaczynam od wskazanych wyżej założeń, na poziomie których może Ty i ja mamy zbliżony lub rozbieżny pogląd (w kontekście powyższych tez strach pomyśleć o tym, że myślimy identycznie). Dobrze jednak jest spozycjonować punkt wyjścia (być może punkt zaczepienia lub… zaczepki), aby przyglądać się i prześwietlać dalsze rozważania w sposób autonomiczny. Chcę bowiem, abyśmy się przyjrzeli możliwemu scenariuszowi niedalekiej przyszłości. Na tyle bliskiej, że nawet ludzie w moim wieku mogą się znaleźć w tyglu cywilizacji przemodelowanej do tego stopnia, że nie będzie to już nasz – Twój, mój – świat. Łącznie ze światem wiary…
- Pokój, w którym znajdowali się trzej mężczyźni, był bardzo cichy i umeblowany niezmiernie praktycznie, stosownie do wymagań czasu. Nie posiadał okien ani drzwi, gdyż od sześćdziesięciu już lat świat, doszedłszy do przeświadczenia, że można mieszkać niekoniecznie tylko na powierzchni ziemi, zaczął serio żyć w jej głębinach. Toteż dom pana Templetona znajdował się o jakieś czterdzieści stóp pod powierzchnią brzegów Tamizy, w dość wygodnym, jak uważano, położeniu, bo zaledwie sto jardów od drugiej linii centralnej superautostrady i o ćwierć mili od stacji szybowców przy moście Braci Czarnych. Zgodnie z wymaganiami urzędu zdrowia wszystkie ściany pokoju okrywała zielonkawa emalia, przypominająca barwę lasów na wiosnę, opromieniało go zaś sztuczne światło słoneczne, wynalezione przez wielkiego Reutera przed czterdziestu laty, a przyrządy automatycznie odświeżały powietrze i utrzymywały temperaturę dokładnie plus osiemnastu stopni Celsjusza.
- Oliver Brand, nowy poseł z Croydonu, siedział w swojej pracowni, spoglądając w okno ponad stojącą przed nim maszyną do pisania. Jego dom położony był na północy na samym krańcu wzgórz Surrey, obecnie zmienionych nie do poznania z powodu licznie wywierconych w nich tuneli. Widok rozpościerający się za oknem mógł być ponętny tylko dla komunisty. Tuż pod szerokimi oknami ścięty grunt opadał zboczem, stromym na głębokość jakichś stu stóp, kończąc się wysokim wałem, za którym świat i prace ludzkie triumfowały, jak daleko sięgnąć było okiem. Dwie olbrzymie drogi, podobne do wyciągniętych prosto torów wyścigowych, mierzące nie mniej niż ćwierć mili szerokości i zagłębione na dwadzieścia stóp pod powierzchnią ziemi, ciągnęły się ponad milę aż do połączenia na wielkiej stacji centralnej. Jedna z nich, na lewo, tworzyła drogę do Brighton, zapisaną w przewodniku dla podróżnych wielkimi głoskami, druga zaś, na prawo. Wiodła do okręgów Tombridge i Hastings. Każda przedzielona była wzdłuż cementowym murem. Z jednej strony biegły na stalowych szynach tramwaje elektryczne, z drugiej zaś biegła gigantyczna superautostrada, podzielona na trzy części: pierwszą przeznaczono dla samochodów rządowych jeżdżących z prędkością 150 mil na godzinę, drugą dla prywatnych, które mogły jeździć nie szybciej niż 60 mil na godzinę, trzecią zaś dla tanich i produkowanych masowo w ramach rządowego programu samochodów, rozwijających maksymalnie prędkość 30 mil na godzinę (…). Dalej rozpościerała się ogromna równina dachów z wznoszącymi się tu i ówdzie wieżyczkami, oznaczającymi gmachy publiczne, odcinającymi się wesoło i wyraźnie w bezdymnym powietrzu (…).
Wszystko doskonale (no, może prawie…) zaprojektowane i wykonane. Wszędzie perfekcyjna (no, może prawie…) organizacja i funkcjonalność. Bez względu na to, kto kim jest w tej starannie ułożonej i permanentnie dopracowywanej rzeczywistości, zna swoje miejsce, dzięki czemu nikt nikomu nie wchodzi w drogę. Tryby tak skonstruowanego mechanizmu społecznego nie pozostawiają marginesu na błąd, przeoczenie lub podejmowane z premedytacją próby jego zakłócenia czy rozmontowania. Nie jest nikomu potrzebna wolność i indywidualność, skoro powtarzalność i przewidywalność gwarantują komfort. Świat idealny?
Wyobraź sobie, że stoisz na jego brzegu. Możesz skoczyć weń „w ciemno”, skoro wygląda tak jasno, ale chwilę zastanów się, aby nie okazało się, że to jest ciemność systemu bez szans na powrót do światła tworzenia. Prawdopodobnie przechodzą Tobie przez myśl przeczucia, że pisząc to rozważanie, epatuję Cię skrajnym pesymizmem, czarnowidztwem i przede wszystkim niedostatkiem wiary w dobro. Owszem, optymizmem nie emanuję, ale racjonalności nigdy za wiele, szczególnie przy wybieraniu drogi, po której mam / mamy iść bez możliwości zawrócenia. Dlaczego to arteria jednokierunkowa? Dlatego, że w czasie nie można się cofnąć i są wybory, których skutków nie da się odwrócić.
- Stary mąż stanu, przedstawiciel stronnictwa torysów uśmiechnął się. – Bóg wie, jeżeli Cesarstwu Wschodniemu spodoba się ruszyć przeciw nam, to jesteśmy bezsilni. Nie wiem nawet doprawdy, dlaczego dotychczas nie ruszyło. Przypuszczam, że chyba z powodu sporów religijnych. – A Europa nie podzieli się? – spytał kapłan. – Nie, nie! Znamy teraz nasze niebezpieczeństwo. I Ameryka poprzez nas z pewnością. Niemniej powiem: niech Bóg ma w swej opiece nas, a raczej was, jeżeli Cesarstwo Wschodnie ruszy. Jest ono nareszcie świadome swoich sił. Przez chwilę panowała cisza w pokoju, który zadrgał lekko pod wpływem jakiejś ciężkiej maszyny, sunącej gładko po szerokim bulwarze na powierzchni ziemi. – A niech pan powie – odezwał się nagle Percy – jak pan sądzi, jak ułożą się w przyszłości sprawy religijne? Pan Templeton odetchnął zawartością przyrządu trzymanego w ręce, po czym mówił: – Krótko mówiąc, istnieją obecnie trzy siły: katolicyzm, humanitaryzm i religie Wschodu.(…) Wszystko zdarzyć się może…
- Percy stał bez ruchu, dopóki automatyczny dzwonek przy drzwiach zewnętrznych nie zwiastował mu, że Francis wyszedł zupełnie. Wówczas dopiero zawrócił ku długiemu korytarzowi, wiodącemu do katedry. Mijając zakrystię, usłyszał nagle dalekie dźwięki organów, skręcił więc do kaplicy, służącej za kościół parafialny i ujrzał, że nieszpory nie zakończyły się jeszcze. Wówczas ruszył prosto wzdłuż nawy bocznej, skręcił na prawo, przeszedł w poprzek nawę środkową i uklęknął. (…) Tam, na lewo, połyskiwało, odbijając się, światełko lamp płonących przed Panem ukrytym w Najświętszym Sakramencie, na prawo zaś chwiały się tu i ówdzie płomyki tuzina gromnic u stóp starych obrazów, a wysoko ponad głowami wisiał ogromny krzyż z rozpiętą na nim chudą, wynędzniałą postacią, powołując wszystkich, którzy ku niej oczy zwracali, w objęcia Boga. Wreszcie Percy ukrył twarz w dłoniach, westchnął głęboko i zatopił się w modlitwach. (…) „Ja sam, Panie, znajdowałem się w ciemnościach i nieszczęściu bez łaski Twojej. Ty podtrzymujesz mnie, Panie. Utrzymaj i skończ pracę Swoją w mojej duszy. Nie pozwól mi zachwiać się ani na chwilę. Jeżeli bowiem cofniesz rękę Swą, zapadnę się w nicość zupełną”. Zamilkł, wyciągnąwszy błagająco ręce, opuszczony, a jednak pełen pewności.
Może już wiesz, że opowieść, wokół której tkam tę refleksję, dzieje się… teraz. A może postrzegasz oszczędnie odkrywane przeze mnie jej urywki jako rodzaj fantazji na temat świata przyszłości, w którym religia i religijność, chrześcijaństwo i chrześcijanie są swego rodzaju skansenem. I dzięki temu nie wtrącają się w sferę publiczną, zepchnięci do nisz, są tolerowanym (znoszonym łaskawie) reliktem przeszłości. Ta wizja niepokoi Cię albo odpowiada Tobie. W tej dychotomii nie da się zachować neutralności. Niezależnie od Twojej opcji w tej kwestii, w sposób wolny stawiasz Siebie w określonej pozycji, od której zależy cały ciąg dalszy. Ciąg dalszy nie tej opowieści, ale kontynuacja Twojego życia, także bliskich Tobie osób i Twoje relacje z innymi ludźmi.
- Spokojna twarz kapłańska, spoglądająca na niego, nie ruszyła się, nie mrugnęła nawet, Percy więc mówił dalej: – Zbliża się prześladowanie. W kilku miejscach zdarzyły się już rozruchy. Ale nie prześladowania należy się obawiać. Wywoła ono niewątpliwie, jak zawsze, odstępstwa od Kościoła, odstępstwa te jednak są pożałowania godne tylko ze względu na osobistość niektórych odstępców. Z drugiej jednak strony prześladowanie umocni wiernych i usunie niepewnych. Niegdyś, w pierwszych czasach chrześcijaństwa, szatan przypuścił atak na ciało za pomocą bicza, ognia i dzikich bestii. W wieku szesnastym atakował intelekt, w wieku dwudziestym sprężyny życia moralnego i duchowego. Obecnie rozpoczął się atak na wszystko jednocześnie. Czego należy się obawiać najbardziej, to dodatniego wpływu humanitaryzmu. Nadchodzi on, jak królestwo boże, z mocą. Obala imaginacyjność i romantyczność. Nie staje w obronie prawdy, ale raczej przywłaszcza ją sobie. Tłumi, przycisza miękkimi chustkami, zamiast ranić i wzmacniać stalą oraz wymianą zdań. Zdaje się przedzierać prawie obiektywnie do świata wewnętrznego. Osoby, które zaledwie usłyszały jego nazwę, już stają się wyznawcami jego zasad. Kapłani przyswajają go sobie tak, jak przyjmowali Boga w Komunii (…), dzieci pochłaniają go tak samo, jak pochłaniały chrześcijaństwo. Dusza „z natury chrześcijańska” zdawała się zmieniać w duszę „z natury niewierną”.
Dla ostatecznego domknięcia procesu przekształcania cywilizacji w totalizację, eliminacji ulec muszą nierozłącznie związane ze sobą „imaginacje i romantyczność”. Nie może się to zdarzyć otwartą przemocą. Ujawniałoby to bowiem prawdziwe zamiary architektów nowego społeczeństwa i socjoinżynierów nowego świata. Ryzyku kontrreakcji wobec zamiaru odebrania ludziom tego, co ich konstytuuje jako osoby wolne, zapobiec może lobotomicznie działający i egalitarnie kształtujący relacje międzyludzkie humanitaryzm. W miejsce dających człowiekowi głębię życia duchowości i wierności, witaminy racjonalizmu i minerały litości mają zintensyfikować egzystencję i uczynić ją pożyteczną.
- Londyn zupełnie oszalał poprzedniego popołudnia na wieść o spisku katolików. Tajemnica przeciekła na miasto około czternastej, w niecałą godzinę po zdradzeniu Snowfordowi projektowanego zamachu i w jednej chwili zamarł wszelki ruch kołowy w mieście. O piętnastej wszystkie sklepy były już zamknięte, giełda, biura miejskie, zakłady na wschodnim krańcu miasta, wszystko przerwało, jakby pod wpływem nieprzepartego impulsu, wszelkie swe czynności i od tej chwili aż do północy prawie, kiedy to odpowiednio wzmocniona policja zapanowała wreszcie nad sytuacją, całe tłumy wrzeszczących mężczyzn i kobiet, i gromady rozwydrzonej młodzieży przeciągały ulicami, wyjąc, denuncjując katolików i mordując. Nie wiadomo również, czy była choćby jedna ulica, na której nie widniałyby ślady gwałtu.
- Katedrę westmisterską zrabowano, wszystkie ołtarze zburzono, dopuszczając się przy tym zniewag nie do opisania. Pewien nieznany kapłan zdołał zaledwie spożyć Komunię Świętą, gdy porwano go od ołtarza i uduszono. Arcybiskupa, dwóch biskupów i jedenastu księży powieszono w północnej części kościoła. Trzydzieści cztery klasztory zburzono, katedrę świętego Jerzego spalono do fundamentów. Słowem, jak podawały wieczorne dzienniki, po raz pierwszy od wprowadzenia wiary chrześcijańskiej w Anglii ani jedno tabernakulum nie ostało się w promieniu dwudziestu mil od opactwa. „Londyn – stwierdził dziennik New People – oczyszczono nareszcie z ciemnej, fanatycznej głupoty”.
- Maleńka izdebka, w której siedział nowy papież i czytał, była wzorem prostoty. Ściany miała pobielane, strop z nieheblowanych belek, podłogę z ubitej gliny. Pośrodku stał kwadratowy stół, a przy nim krzesło. W obszernym palenisku kominka widniała ostygła fajerka z węglem drzewnym, gotowym do podpałki. Półka, oparta o ścianę, zawierała z tuzin książek. Izdebka miała troje drzwi: jedne wiodły do prywatnej kaplicy, drugie do przedpokoju, trzecie zaś na małe wybrukowane podwórze. (…) Papież, spożywszy przed godziną obiad, prawie nie ruszył się z miejsca od tej pory, tak pochłonęło go czytanie. W danej chwili zapomniał o wszystkim: o tym, co przeżył w ciągu ostatnich trzech miesięcy, o gorzkim niepokoju, o nieznośnym ciężarze odpowiedzialności.
- Co się tyczy życia wewnętrznego Głowy Kościoła, to cóż o nim można powiedzieć? Oto teraz przechylił się na krześle i rozmyślał, przymknąwszy oczy. Nie mógłby opisać porządnie stanu swojej duszy nawet samemu sobie, bo prawie nie zdawał sobie z tego sprawy. Działał raczej niż zajmował się refleksjami. Ośrodek wszelako tego życia stanowiła prosta wiara. Tylko religia katolicka, wiedział o tym dobrze, tłumaczy w odpowiedni sposób wszechświat; nie otwiera wszystkich tajemnic, otwiera ich jednak więcej, niż jakikolwiek inny znany człowiekowi klucz; wiedział również doskonale, że jest to jedyny system myśli, zadowalający człowieka w ogóle i w swojej istocie stosujący się do niego. Dalej, rozumiał dobrze, iż niemożność chrześcijaństwa zjednoczenia wszystkich ludzi wypływała nie z jego słabości, lecz mocy; linie jego spotykały się w wieczności, nie w czasie. A przy tym wierzył w to istotnie.
- I znów zwrócił się ku ołtarzowi, a tam, jak z góry wiedział, tam, wśród promiennego światła świec panował spokój zupełny. Pokornie, w szepcie wolnym i skupionym, celebrans wielbił tajemnicę Słowa ucieleśnionego i wkrótce Syryjczyk ujrzał go raz jeszcze, padającego na kolana przed Sakramentem. I oto czuł, że przez nieprzeparty impuls własne jego wargi zaczynają śpiewać słowa, które w miarę wyłaniania się, rozwierały się tak, jak kwiaty rozwierają się w słońcu. „O salutaris Hostia, que caeli Pandis ostium…”. Wszyscy obecni śpiewali. Nawet ten katechumen mahometański, który przed chwilą wpadł z okrzykiem przerażenia na ustach, śpiewał jak inni, pochyliwszy małą, szczupłą głowę i skrzyżowawszy ręce na piersi. Ciasna kaplica rozbrzmiewała mieszaniną głosów, a na zewnątrz cały wielki świat drżał i dźwięczał tym cudownym śpiewem. (…) Ujrzał sześć promieni, które połyskiwały jak ostrza ognistych włóczni otaczających króla, a wśród nich srebrne promienie monstrancji i białe serce Boga. (…) Barwa niebios przeszła teraz z ponurej ciemności w niemniej przerażające światło, czerwone jak krew, która zdawała się rozpływać nad światem.
Robert Hugh Benson napisał tę książkę w 1907 roku! „Władca świata” jest więc dziełem literackim zdecydowanie przekraczającym nie tylko swoją epokę, ale wybija się ponad morze tomów „opisujących przyszłość”. Nie mieści się w kategorii science-fiction czy political-fiction, choć z oboma gatunkami jest tu blisko. Na jej temat wypowiadali się Benedykt XVI i Franciszek, a jeśli już papieże tak różni wskazują tę samą książkę jako zasługującą na lekturę, to znaczy, że mamy w rękach niezwykłą opowieść. Niezwykłą, bo nacechowaną prorockim przesłaniem oraz wizjonerską, bo autor na prawie 350 stronach maluje hiperrealistyczne wizualizacje procesów, których w swoich czasach nie mógł widzieć w takiej skali, w jakiej obecnie my je obserwujemy w ekonomii, kulturze, polityce i chrześcijaństwie.
Kończę kolejny #List z niebezpodstawną obawą, że nie będzie już znanego nam jeszcze i prawdziwego świata ludzkich wyborów, ale świat syntetyczny. Wiara zostanie zastąpiona podporządkowaniem się, nadzieja – pogodzeniem się z losem, a miłość zamieni się w filantropię. To nie wszystko, bo syntetyczny, czyli nienaturalny i nieprawdziwy świat wcześniej pochłania wszystkie inne domeny Twojej, mojej – ludzkiej wolności i sprawczości. Tak będzie, zanim wszystko dobiegnie końca.
Ostatnim bastionem wolnego człowieka jest miłość, a jeśli miłość, to i wiara. Chrześcijaństwo przeprowadzi nas – Ciebie i mnie – przez kryzys świata, a nawet jego koniec. Tylko chrześcijaństwo wiarygodnie obiecuje wieczność.
Chrześcijanin żyje tu i teraz, ale cel nie jest tu i teraz. „Władca świata” to druga po „Obozie świętych” dystopijna narracja o cywilizacji. Robert Hugh Benson nie zatrzymuje się jednak na jej końcu. Nie ma w tej książce miejsca na komfort ducha świata. Jest Kościół Katolicki z… https://t.co/q8GcAGWJid pic.twitter.com/EZ9dp9TMPz
— Krzysztof Kotowicz (@KotowiczKrzysz) March 16, 2024
- TERAZ: Robert Hugh Benson, „Władca świata”, Fronda, Warszawa, 2017
- POPRZEDNIO: Jean Raspail, „Obóz świętych”, Fronda, Warszawa, 2015
- W CYKLU #BLIŻEJ SŁOWA: Dziękuję za przeczytanie publikacji. Przekaż ją dalej, jeśli uważasz, że warto. Odpowiedz, jeśli chcesz i możesz, w publicznym komentarzu lub prywatnej wiadomości.