Sobotni wieczór w Ząbkowicach Śląskich, to widowisko na plenerowej scenie, w jaką na kilkadziesiąt minut zamienił się Rynek. Lwowski teatr, jaki gościł już w naszym mieście w poprzednich latach, dzisiaj przywiózł nam spektakularną wersje „Mewy” według Antoniego Czechowa. Znawcy twórczości tego rosyjskiego dramaturga uważają, że dzieło powstałe w 1895 r. należy przyjmować jako najtragiczniejszy i zarazem najpiękniejszy z jego dramatów, choć sam klasyk rosyjskiej literatury opisywał swoje dzieło jako komedię.  

Podcinanie skrzydeł to – jak można pomyśleć – wiodący wątek spektaklu i zasługujący na szczególną uwagę (ale o tym za chwilę…). Konflikty pokoleniowe, dysonanse marzeń i niespełnień, polaryzacje celów i metod ich osiągania. Jak zatem widać paleta problemów, jakie w sekwencje dramaturgiczne wpisał Czechow, była postrzegana zanim my, współcześni, zaczęliśmy uznawać je za wyjątkowy kłopot „naszych czasów”.  Przybyli do nas ukraińscy artyści świetnie połączyli nurt komediowy odziany w typową dla teatru ulicznego dominantę widowiskowości z nieco zawoalowanym strumieniem tragicznym ujawniającym się bardziej w niektórych „stopklatkach”, efektach wizualnych widocznych na wielkim ekranie czy towarzyszącym pewnym scenom. Widowisko obyło się bez słów, wyciągnięto z tekstu jego osnowę i tę przełożono na język gestów, rekwizytów i tła muzycznego. Taka operacja jest wielce ryzykowna, ale też dobrą stroną manewru jest otwarcie widzom sporej przestrzeni własnej interpretacji. Zapewne jakaś część ząbkowickiej publiczności konsumowała wspomniane już aspekty ludyczne. Stojąc pomiędzy ludźmi, słyszałem reakcje i komentarze, potwierdzające to, że musi się coś dziać, musi ekscytować lub mocno zaskakiwać, aby zwrócić uwagę. Bardziej finezyjnie tkane fragmenty, wymagające skupienia na konkretnym geście i widzeniu jego tła czy kontekstu, jest zawsze trudniejsze, ale i ten wysiłek aktorów nie poszedł na marne. Ludzie szeptem albo mimiką też reagowali na kolejne etapy narracji.

I tu właśnie można było usłyszeć (zauważony na początku wcześniejszego akapitu) wątek „podcinania skrzydeł”. Przyznam, że miałem nadzieję odosobnienia, gdy dostrzegłem skrzydła – raz pojawiające się jako unoszące człowieka ramiona, innym razem jako brakujące mu do szczęścia, a jeszcze innym razem przypięte komuś niezasłużenie – jako motyw przewodni, może nawet swoisty refren przedstawienia. Parę osób w rozmowie zwróciło jednak na to uwagę i tym samym okazało się, iż zauważyliśmy to samo, choć z innego punktu widzenia. Punkt widzenia nie musi zatem wpływać na to, co widzimy, ale o wiele ważniejszą jest bliskość czy nawet tożsamość dostrzeganego przesłania.

Aktorom i twórcom ze Lwowa udało się to w stopniu wysokim. Nie żałowali efektów specjalnych, ale też nie przesłonili nimi przesłania „Mewy”. O ile rok temu, gdy pokazywali w Ząbkowicach Śląskich „Wiśniowy sad”, pogoda wybitnie komplikowała przekaz, o tyle dzisiaj była tłem. Nie było ani bardzo ciepło, ani bardzo zimno – można było skoncentrować uwagę na scenicznym obrazie i jego wymowie. Publiczność była niezbyt liczna, ale jak na warunki i porę dnia, w sam raz, bo wszyscy mogli coś zobaczyć. Tak czy inaczej dobrze, że mieliśmy w Ząbkowicach Śląskich okazję posmakować sztuki przez duże „S”. Tak rozumiany teatr w naszym mieście to niecodzienność i my, ząbkowiczanie nie codziennie mamy okazję być w teatrze, tak rozumianym. Chwała organizatorom!