Fotografowanie jest tak powszechne, a ilość zdjęć, jakie codziennie oglądamy przytłacza do tego stopnia, że przestaje poruszać wyobraźnię i cieszyć wzrok. W zasadzie dewaluacja pojęcia „zdjęcie” poszła tak daleko, że ich „robienie” czy „pokazywanie” trąci banałem. Z tym większym zainteresowaniem sięgam do fotografii, które nie są zaledwie zdjęciem powierzchni, ale zatrzymaniem opowieści o tym, co kryje się pod widocznym i uchwytnym nomen-omen obiektywnie obrazem.

Miałem to szczęście – dzisiaj – znaleźć się na wernisażu fotografii, których twórcą jest Mieczysław Krombach. Nie podejmę się tutaj pisania biogramu kłodczanina, którego osobiście znam nade wszystko jako artystę fotografika. Za studio ma wydarzenia kulturalne, imprezy i wszelkie inne okoliczności, jakie mieszczą się w obiektywie, jakiego skwapliwie i z pasją korzysta. Mam czasem okazję porozmawiać z Mieczysławem, gdy spotykamy się podczas koncertów i spektakli organizowanych w Kłodzku. Jest bez wątpienia profesjonalistą i zarazem pasjonatem. Fotogramy Mieczysława Krombacha – czy to widziane w sieci, czy to oglądane w postaci drukowanej – zapraszają widza to wnętrza osoby czy sytuacji widocznej na fotoobrazie. Dla mnie, reportażysty-amatora, fotografie Mieczysława są po części jak wyrzut sumienia (bo bardzo mi daleko do perfekcji), a po części jako inspiracja (bo znajdując w nich aurę znanych mi okoliczności podziwiam trafność kadru).

Obejrzałem fotogramy wybrane na wystawę dostępną w Galerii „pARTer” w Kłodzkim Centrum Kultury. Uzmysłowiłem sobie, iż stanowią promil promila wszystkich fotografii, jakie Mieczysław stworzył i jakimi opowiedział zatrzymane w kadrze chwile, których już nie ma, i które poprzez owe fotogramy nadal są.