Dogmat o wyższości postępu nad celowością jest jednym, może nawet jedynym punktem odniesienia w każdym dialogu wokół jakichkolwiek zmian zachodzących w świecie. Nie wiadomo, kto i kiedy go ustanowił i nie wiadomo nawet dlaczego, ale podporządkowanie normie nowoczesności zasad sensu wryło się głęboko we wszystkie struktury, w jakich żyje człowiek indywidualnie i zbiorowo.
Zmiana (według jej promotorów i adoratorów) jest zawsze ku lepszemu i to ma zarówno objaśniać odrzucanie stanu istniejącego, jak i usprawiedliwiać przełamanie oporu po stronie tych, którzy kwestionują zasadność wypierania „starego” „nowym”. Ideologiczne blendowanie zmiany, postępu, rozwoju w otoczeniu człowieka z korzyścią, poprawą jakości życia i doskonaleniem samego człowieka bywa miażdżące dla racjonalności i etyczności przeprowadzanych ewolucji lub rewolucji. Niepostrzeżenie wchłaniamy coraz to nowsze definicje, regulacje i schematy, przez co tracą drożność nasze – ludzkie – zdolności do obiektywnego osądu i wolnego wyboru. Co za tym idzie, stajemy się bardziej reaktywni niż refleksyjni oraz bardziej koniunkturalni niż samodzielni.
Jakkolwiek pesymistycznie to brzmi, konstatujemy, iż zbiorowości ludzkie stają się swego rodzaju sterownymi stadami spajanymi transakcyjnością kontaktów. Gdyby nie przestawały być siecią relacji wolnych osób, wzrastałyby, zachowując balans pomiędzy indywidualnością człowieka a jego udziałem we wspólnocie. To, co nazywa się postępem, w istocie nabiera cech regresu człowieczeństwa w indywidualnym i zbiorowym wymiarze, skoro osoba ludzka z podmiotu jest redukowana do przedmiotu, a aktywności ludzi są nobilitowane według kryteriów utylitarnych.
- Postęp naukowy i techniczny traktujemy nie tylko jako zjawisko naturalne, a więc bezkrytycznie, ale w podobny bezrefleksyjny sposób wartościujemy jego efekty, które uznajemy za konieczne i w sposób nieunikniony ze sobą powiązane. Odruchowo utożsamiamy zjawiska z różnych sfer rzeczywistości, które niekiedy połączone są wyłącznie koincydencją czasową, i mają różne przyczyny i na których sąsiedztwo wcale nie musimy być skazani. W każdym razie zawsze warto przemyśleć ich związki, a nie przyjmować je jako naturalną kolej rzeczy. Takie bezrefleksyjne podejście powoduje, że zatraciliśmy zupełnie kontrolę nad sztucznym światem tworzonym przecież przez ludzi. Jego rozwój dzieje się poza wolą ludzką i to człowiek służy mu, nie zastanawiając się nad głębszymi rezultatami wzbudzonego przez siebie procesu.
- W efekcie, zamiast analizować realne problemy współczesnej gospodarki, zajmujemy się głównie jej potępianiem w imię utopijnej, a więc nieistniejącej do niej opozycji, jednocześnie bezrefleksyjnie akceptując technologiczne konsekwencje rozwoju cywilizacji. Albowiem to fetyszyzacja postępu materialnego wpisana została w nowoczesną formę ekonomii, która nastawiona jest wyłącznie na intensyfikację produkcji, a więc siłą rzeczy musi dążyć do transformacji społeczeństw zgodnie ze swoimi potrzebami, i przekształca je w luźne i nietrwałe zbiorowości powodowanych wyłącznie konsumpcyjną dynamiką jednostek.
- W efekcie więc prawdziwe problemy naszej cywilizacji opisywane bywają zwykle fragmentarycznie, bez próby zrozumienia ich w bardziej syntetycznej całości. Przykładem jest głośnia książka Shoshany Zuboff „Wiek kapitalizmu inwigilacji”. Wskazuje realny wymiar zagrożenia, pojawiający się wraz z nowymi technologiami, którymi operują potężne podmiotu gospodarcze. To zdolność do gromadzenia ogromnej liczby danych, za pomocą których w dobie tzw. sztucznej inteligencji można manipulować potencjalnymi klientami i skłaniać ich do nabywania kolejnych towarów. Powstaje cały przemysł handlu i przetwarzania informacji, które służą biznesowi oraz polityce, coraz bardziej ze sobą sprzężonym, w celu kontroli i sterowania coraz bardziej bezbronnymi wobec tych działań ludźmi. Zjawisko to Zuboff przedstawia wyłącznie z liberalnej perspektywy poddanej mu jednostki, która w ten sposób pozbawiona zostaje wolności i godności. Nie dostrzega, że fenomen ten jest elementem szerszego problemu niszczenia kulturowego środowiska człowieka, jego naturalnych wspólnot i tożsamości, co powoduje jego osamotnienie, a więc i bezbronność wobec potężnych współczesnych graczy ekonomiczno-politycznych.
„Opowieść idioty czy ład naturalny” to książka, w której Bronisław Wildstein zbiorem dwunastu esejów proponuje rejs po morzu filozofii. Na niemal 300 stronach czytelnik przemieszcza się przez strefy problemów współczesności, które są zarzewiami sporów i generują dezorientację. Są wśród nich między innymi bioetyka, władza, technokracja, erotyzm, humanizm i stosunek do religii chrześcijańskiej. Autor stawia wybrane przez siebie sekwencje kodu cywilizacji zachodniej pod lupą mikroskopu, aby wykryć czynniki degenerujące egzystencjalny ład celowości, jaki wciąż chroni ludzi i ludzkość przed nieodwracalną zapaścią przypadkowości. W eseju „Atrofia ducha” wskazuje na kwestię odwracania się od wartości transcendentnych na skutek swoistego kultu postępu i konsumpcji.
Rozdźwięk pomiędzy normalnością świata i poziomem fizycznego, intelektualnego, moralnego i duchowego bezpieczeństwa człowieka a dążeniem do rewoltowania świata kosztem stabilności ludzkiej egzystencji stały się osią refleksji prowadzonej na kanwie dzieł Williama Szekspira. Tytułowy „idiota” wzięty jest z tragedii „Makbet”, gdzie główny bohater wypowiada słowa: „Życie jest to opowieść idioty, pełna wrzasku i wściekłości, nic nie znacząca.” Jak napisał Bronisław Wildstein: „Odrzuciliśmy ład świata, a więc życie stało się powieścią idioty, która nic nie znaczy. Jesteśmy wolni i nieograniczeni, wszystko stało się więc możliwe, ale nowy wspaniały świat zmienił się w koszmar, z którego nie potrafimy się obudzić.”
- Ideały, które wiążą trwalsze wspólnoty, imperatywy religijne i kulturowe, są konkurentami dla hedonistycznej pogoni za doczesnymi dobrami, pętają i blokują pęd do posiadania, stają więc na drodze do rozwoju nowoczesnej, nastawionej na kupno i spożycie ekonomii.
- Religia i tradycyjne systemy społeczne z ich etyką i obyczajem skutecznie powstrzymywałyby, a w historii powstrzymywały, ekscesy indywidualnej konsumpcji, które generowane są wynalazkami technicznymi i wspierane marketingowymi operacjami. Nic dziwnego, że współcześnie, kiedy kontrola ze strony tradycyjnych norm, zwłaszcza religijnych, radykalnie osłabła, kampanie te wymierzone są, zwykle pośrednio, ale niekiedy wprost, w tradycyjny ład społeczny, który dysponował przeciwciałami skutecznymi w powstrzymywaniu rakowatego rozrostu materialnych namiętności. Mechanizm konkurencji, a więc logika maksymalizacji sprzedaży, wymusza na podmiotach współczesnej gospodarki działania wymierzone przeciw mocniejszym tożsamościom i zdąża do transformacji wspólnot w zbiorowiska samotnych lub powiązanych wyłącznie konsumpcyjnymi układami nabywców, którymi dużo łatwiej manipulować.
- Współcześni marketingowcy nie ograniczają się do reklamowania towarów, kreują „style życia”, które budowane są przez kolejne strategie i akcje promocyjne. Naturalnie muszą to być wyłącznie modele hedonistyczne, ale nie do prostej radości konsumpcji się ograniczają. Satysfakcja obejmować ma również wyższe pragnienia, których zaspokojenie gwarantuje jakoby określony produkt. Nabywca ma wyobrażać sobie, że kupując i konsumując jakąś rzecz, trafia do klasy wyjątkowej, cieszącej się szczególnymi względami losu, niezwykłymi potencjami i przeżywać będzie egzystencję zintensyfikowaną, pełną rozkoszy, uniesień oraz beztroskich satysfakcji. Otoczony zostanie adoracją, która zapewni dowolne spełnienia, przyjaźnią, ale także zawiścią bliźnich, co stanowi dowód wyjątkowego sukcesu oraz zaspokaja naturalną potrzebę dominacji. (…) Zasadniczo jednak reklama obiecuje wyjście z ludzkiej domeny niepewności oraz ułomności i przeniesienie się do boskiego wymiaru beztroskiego i szczęśliwego bytowania.
Po ilości paragonów w pojemniku na śmieci, po wciąż niedostatecznej liczbie zer po każdej cyfrze innej od zera na własnym rachunku bankowym oraz po wciąż nie dość wypełnionym banknotami portfelu łatwo możemy zorientować się, na ile osobiście jesteśmy już uczestnikami społeczeństwa zaprzęgniętego w kierat stałego niezaspokojenia potrzeb materialnych. Nie ze względu na obiektywny niedostatek środków pozwalających godnie żyć, ale z powodu nieustannego dyskomfortu przy porównywaniu się z innymi lub wyobrażeniami o nich oraz ich statusie materialnym. Jesteśmy od rana do wieczora przekonywani, że wybieramy to, co jest nam potrzebne, aby lepiej żyć i życiem się cieszyć.
Cykle reklamowe wyprzedzają niekiedy o kilka tygodni daty wzmożonych zakupów okolicznościowych (walentynki, dzień kobiet, „majówka”, dzień dziecka, black friday, itp.). Są też pochodną znacznie wcześniej rozpoczętych harmonogramów kreowania i produkowania towarów czy usług, po jakie sięgamy pod wpływem stymulantów generowanych przez producentów i wstrzykiwanych w nasze wyobrażenia o tym, co ma nam dać radość i wzmocnić pozycję wśród innych.
Znacznie głębiej wnikają w naszą świadomość i praktycznie wpływają na zachowania nie tylko w obrębie konsumpcji, ale i kultury czy polityki, wzbudzane i permanentnie niezaspokojone potrzeby prestiżu. Pobudzany jest w nas nienaturalny indywidualizm przesłaniający rzeczywiste replikowanie modeli zachowań zakupowych, sposobów spędzania wolnego czasu, posiadania zwierząt lub określonych przedmiotów i nawyków społecznych. Paradoksalnie jednocześnie w trybie wykładniczym mnożone są mechanizmy prawne i systemy administracyjne unifikujące postawy społeczne w zakresie stosunku do religii, swobody wypowiedzi, debaty publicznej czy środowiska naturalnego.
Politycy, decydując o różnych regulacjach, stają się coraz częściej podwykonawcami dużych grup interesu, zamiast być patronami dobra wspólnego. Niebezpiecznie często są skłonni „dokręcać śrubę” przepisów własnym wyborcom, wmawiając im, że to „dla ich dobra”, podczas gdy sami niechętnie okrajają swoje funkcjonowanie. Za przykład mogą posłużyć ograniczenia dotyczące „emisji dwutlenku węgla” przez samoloty czy samochody, ale z tych właśnie środków komunikacji sami skwapliwie korzystają bez żadnych limitów.
- Żywiołowy rozwój tych procesów powoduje, że nie panuje nad nimi nikt, a proces alienacji cywilizacji ludzkiej narasta. Ideologiczna walka z nimi, czyli na przykład mnożenie rozmaitych przepisów i regulacji, a także instytucji, które mają je nadzorować, intensyfikuje je wyłącznie. Zwłaszcza, że paradoksalnie wielkie korporacje chętnie posługują się „antykapitalistyczną” retoryką, wykorzystując ją w celu utrwalenia i zabezpieczenia swoich ekonomicznych przewag, dla których groźna byłaby nieskrępowana konkurencja. Ideologia ta zresztą z założenia uderza w tradycyjne formy kultury i jeszcze bardziej uzależnia człowieka od dominujących ośrodków władzy, głównie wielkiego biznesu.
- Polityka demokratyczna również służy zaspokajaniu doraźnych materialnych oczekiwań społecznych, a wszystko inne jest z niej eliminowane jako niepotrzebny balast.
Diagnozując kondycję cywilizacji XXI wieku, w jakiej jesteśmy osadzeni, zauważmy, że nie dzieje się wokół nas nic nowego w stosunku do procesów, które przeistaczały warunki egzystencji ludzkości w XX czy XIX w. Mamy za to do czynienia z wyraźnym przyspieszeniem i zagęszczeniem okoliczności, w jakich żyjemy. Nie doszło, mimo kolejnych obietnic różnych „reformatorów”, „odnowicieli” czy „wizjonerów”, do tego rodzaju zmiany jakości koegzystencji społecznej, o której można byłoby definitywnie stwierdzić, że przeniosła ludzkość do nowej epoki.
Przybyło powszechnego dostępu do wiedzy? Poszerzył się krąg społeczeństw, dla których opieka zdrowotna stała się codziennością? Więcej jest krajów i narodów mogących cieszyć się bezpieczeństwem wewnętrznym i zewnętrznym bez utraty suwerenności ekonomicznej czy kulturowej? A zatem gdzie i jak szukać ma człowiek już nie tylko odpowiedzi, ale także praktycznego rozwiązania dylematów i bolączek, z jakimi codziennie zmagamy się wszyscy?
- Jeśli świadomość nieuniknionej degradacji ziemskich dóbr jest uniwersalnym toposem ludzkiego przeżywania i myślenia, to czy ma uzasadnienie pisanie o świadomości „człowieka współczesnego”, który kwestionuje trwałość wszelkich porządków? Jeśli szesnastowieczny polski poeta w sonecie „O nietrwałej miłości rzeczy świata tego” pisze: „I nie miłować ciężko, i miłować / Nędzna pociecha, gdy żądzą zwiedzione / Myśli cukrują nazbyt rzeczy one, / Które i mienić, i muszą się psować” – to czy człowiek współczesny daleko odbiega od jego mentalności? Niewiele starszy od Szekspira Mikołaj Sęp Szarzyński ma jednak głęboką jak Platon świadomość transcendentnego punktu odniesienia naszych ziemskich żądz: „Miłość jest własny bieg życia naszego; / Ale z żywiołów utworzone ciało, / To chwaląc, co zna początku równego, / Zawodzi duszę, której wszystko mało, / Gdy ciebie, wiecznej i prawej piękności, / Samej nie widzi, celu swej miłości.” Metafizyczny ład oznacza głębię naszego przeżycia i całość ludzkiego istnienia.
- Rzeczy świata tego skazane są na zmianę i rozpad, ale to, co nadaje im wartość, trwa niezależnie od nich. Nasza miłość do bytów materialnych, jak i one, skazana jest na przemijanie, ale źródło miłości jest trwałe – pisze polski poeta tak jak blisko dwa tysiąclecia wcześniej ateński myśliciel. Jeśli więc zanegujemy przekraczający je porządek rzeczy, skazani zostaniemy na doraźność i status permanentnej utraty. Samotność, pustka i spleen nowoczesnego człowieka, które usiłuje on przesłonić karnawalizacją egzystencji, są pochodną takiej realności. Skoro nie ma więc obiektywnego uzasadnienia stanu rzeczy, nie ma powodu, aby akceptować go takim, jakim on jest. Dotyczy to także społeczno-politycznego porządku. „Jeśli Boga nie ma, to cóż ze mnie za kapitan” – do tego wniosku dochodzi w jedynie na pozór groteskowej formie oficer z „Biesów”.
- Wypychanie Boga w niedosiężne wymiary doprowadziło na Zachodzie do Jego definitywnej eliminacji. Okazało się, że zjawisko to podważa również ziemski porządek i nawet samo jego istnienie czyni niepewnym oraz wątpliwym, co eksponowali bardziej przenikliwi myśliciele ateistyczni, tacy jak Marks czy Nietzsche. W historii jednak najpierw mieliśmy do czynienia z rewolucjami, a dopiero potem z zanegowaniem Boga. (…) Projekty umowy społecznej, które miały zastąpić wieczny porządek rzeczy, nigdy nie potrafiły, bo nie mogły, przekonać ogółu.
Fundamentalne kwestie stanowiące o wolności człowieka, o wzroście dobrobytu rodzin, wspólnot i narodów nie rozstrzygają się tylko na płaszczyźnie materialnej. Nawet nie przede wszystkim na tym poziomie, choć każdy szary obywatel świata, swój byt definiuje przez konieczne do godnej egzystencji warunki materialne.
Nie chodzi tu o deprecjonowanie materii lub segregowanie celów życia w sposób wykluczający z ich listy dóbr materialnych. Gdy jednak one stają się „wszystkim” w myśleniu i uczuciach człowieka, wyjaławiają go z konstytutywnych dla człowieczeństwa wartości osadzonych w sferze piękna, dobra i prawdy. Nie da się ich zastąpić błyskotkami, przyjemnościami i złudzeniami bez anihilowania przy tym osobowej godności człowieka, której on sam sobie nie przysporzył ani też nie może bezkarnie nikomu odebrać.
Nowoczesnością jest dać się olśnić tym, co ujawnia w człowieku jego wyjątkową godność dzięki temu, kim jest, i nie dać się zaślepić tym, co wycenia wartość człowieka według tego, co ma. Przyszłość zaczyna się w tradycji.
„Opowieść idioty czy ład naturalny” to głębokie zanurzenie w filozoficznej refleksji o moralnej infrastrukturze krytycznej XXI wieku. Bronisław Wildstein na bardzo wysokim pułapie myślenia. Uwaga: można czytać tylko w ciszy lub przy szmerze przyrody. #BronisławWildstein /… pic.twitter.com/w4dkEN3SAT
— Krzysztof Kotowicz (@KotowiczKrzysz) September 13, 2025
- TERAZ: Bronisław Wildstein, „Opowieść idioty czy ład naturalny”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 2025
- POPRZEDNIO: Magda Mieśnik, Piotr Mieśnik, „Noski. Tak ćpają polskie dzieci”, Muza SA, Warszawa, 2025
- W CYKLU BLIŻEJ SŁOWA: Dziękuję za przeczytanie publikacji. Przekaż ją dalej, jeśli uważasz, że warto. Odpowiedz, jeśli chcesz i możesz, w publicznym komentarzu lub prywatnej wiadomości.













