Po co zmieniać coś, skoro jest mi dobrze w i z tym, co mam, a jak się coś zmieni, to może być gorzej, nie musi być lepiej, a jak się nie zmieni, a przyłożę rękę do zmian, to jednak się zmieni, ale na moją niekorzyść, zatem niezależnie od tego czy będę coś zmieniać czy nie będę niczego zmieniać, mogę stracić, to jaki byłby cel w tym zmienianiu, skoro nie ja skorzystam, a więc nie robię nic i niech się zmienia albo nie zmienia beze mnie…

Bełkot? Tak…, trochę tak…, trochę nie, bo w tym słowotoku kryje się swego rodzaju logika (nie nazwałbym tego filozofią) kunktatora. Wyznawcom zasady „nie wychylać się” żyje się wygodnie. Mogą prosperować niezależnie tego czy są w opozycji czy koniunkcji i mogą być profitentami rozmaitych konfiguracji oraz wszelkich koincydencji. Ich piwotalność zamienia ich w uniwersalny trybik machiny pasywności albo agresji, co zależy od decydenta, którego celom podporządkowują swoje plany. Prokrastynowanie staje się dla takich osób formułą egzystencji. Co gorsza, z każdą kolejną fazą wewnętrznej zgody na taki stan, tracą zdolność postrzegania tego wszystkiego, co mogłoby zaburzyć komfortowy stan, w jakim lewitują. Już nie tylko zmysły, już nie tylko umysł, ale wreszcie dusza wydzielają impregnat na wszelkie „alergeny” mogące ich wytrącić z egzystencjalnego dryfu.

Podchodzę do jednej, drugiej, trzeciej, dziesiątej, etc., osoby i spływam niczym kropla wody po nawoskowanej przed chwilą karoserii eleganckiego samochodu. Ktoś inny powie o odbijaniu się grochu od ściany lub gadaniu do obrazu. A w moim spektrum widzenia te reakcje przypominają chocholi taniec. W Bronowicach Chochoł najpierw zahipnotyzował obecnych w chacie, a potem grając na patykach, swoją monotonną melodią wyznaczał im rytm pozbawionych refleksji ruchów. Czasy się zmieniły, a więc i instrumentarium ma nowe oblicze. Szafa gra, meble tańczą*, więc wydaje się, że jesteśmy sobie równi i zahibernowani ciepełkiem drugiej małej stabilizacji przekonujemy samych siebie o bezzasadności przeobrażeń nawet za cenę uwstecznienia. Zgadzamy się czasem na pozorowanie progresji, aby nie być posądzonymi o niepostępowość. Już sami nie wiemy czego chcemy, więc nie chcemy niczego i nikogo, kto mógłby nam to uświadomić. Nie jesteśmy już zdolni dokonywać zmian. Jest nam dobrze w tym, co jest i jak jest.

Szafa gra, meble tańczą – piosenka braci Golców, w której padają słowa: „Gdy wpada coś do głowy, jestem czasem nie gotowy i nie wiem tak do końca w czym jest rzecz”.  Pamiętasz jeszcze ten stan?