Obserwuję połajanki w tej gminie od paru lat. Gdybym sam ich wcześniej nie doświadczył, pomyślałbym, że to aberracja. Wiem jednak z autopsji, że postpolityczny, a może raczej parapolityczny mobbing nie tylko parapsychologom, ale nawet psychologom nie mieści się w schemacie aparatury pojęciowej definiującej zjawisko permanentnej nagonki na nieakceptowanego uczestnika harców na samorządowej arenie.

Wystarczy tylko mieć przewagę jednego głosu, a nawet wystarczy to, że druga strona ma tyle samo głosów, aby paraliżować albo dewaluować słowa, gesty i inicjatywy tego czy tych, co nie są „swoi”. Nakręceni nie zauważają, że brną w nie-fakty, nie-rozmawianie i nie-samorządzenie. Taka akcja wywołuje reakcję, na reakcję natychmiast pojawia się kontrreakcja, po której wyłania się pseudoreakcja wywołująca odruchy. U jednych: politowania. U innych: spazmatycznego śmiechu. U trzecich: zmęczenia własną złością i – co naturalne – rzutowania swojego stanu na inne osoby czy grupy ludzi.

Dzieje się tak, choć racjonalny rozum podparty ludzkimi uczuciami, podpowiada zupełnie inny cykl. Po rozpoznaniu faktów rozmawiamy i podejmujemy działanie. Sytuacja czy stan wywołują konkluzję, następnie inspirują do aktywności, by w finale doświadczać satysfakcji lub przynajmniej odbarczenia ciężarów. Taki łańcuch wiąże się ze współczuciem, współmyśleniem i współprzeżywaniem. Stany te zawsze są zindywidualizowane, jednak nie alienują.

Byłem dzisiaj pełen uznania dla mojego Kolegi za to, że potrafił z chirurgiczną precyzją, po wcześniejszym anestezjologicznym zabezpieczeniu, neutralizować furie, histerie, pieniactwo, malkontenctwo – jedną ręką, a drugą wskazywać perspektywy, możliwości, szanse i realne rozwiązania. Jego strasznie napuszeni i nadymani jak balony, oponenci nie trzymają ciśnienia. Usiłują coraz bardziej nieporadnie trzymać fason na twarzy, ale ich niewerbalna mowa kompletnie temu zaprzecza. Ich guru wysłał kilka dni temu sygnał tam-tamowy, a oni w odzewie puszczali swoimi kominami dymy pochwalne w rytmie podyktowanym dochodzącym zza gór brzmieniem bębenka.

Mój Kolega brawurowo nie wsłuchuje się w zewnętrzne i skrajne tonacje, bo rzeczywistą membraną są dla niego głosy zwykłych ludzi, z którymi rozmawia. Czas płynie dla wszystkich tak samo, nawet jeśli nie wszyscy wykorzystują go efektywnie. Gmina, której sprawami jest szczerze przejęty, nie jest podzielona, lecz zróżnicowana. Znalezienie w tej szerokiej przestrzeni harmonii, to nie lada wysiłek. I olbrzymie ryzyko. Wygodniej jest przecież nie narażać się i wszystkim wszystko obiecywać.