Po przedpołudniowym gwałtownym i bolesnym ciosie trudno było się podnieść. Nie chcąc ulec, znalazłem się tego samego dnia wieczorem na koncercie, którego program – co nie mogło być przypadkiem – był klamrą minionego piątku.

Pierwszy z utworów, jaki usłyszałem w bardzkiej bazylice, to mozartowskie „Requiem”. Aura brzmieniowa tej kompozycji i okoliczności, w jakich dzieło to wykreował austriacki geniusz, mimo, iż są znane nawet osobom średnio (tak jak ja) zorientowanym w klasyce europejskiego kanonu muzycznego, właśnie przez tę rozpoznawalność, każdorazowo zyskują dzięki kontekstowi czasu i miejsca, w jakim się je przyjmuje. Orkiestra i chór zespołu „Śląsk” oraz wokaliści wykonujący partie solowe, wyeksponowali dzieło Mozarta maksymalizując niewątpliwy atut miejsca występu, jakim jest świątynia – miejsce modlitwy. „Requiem” nie jest przecież tylko fenomenalnym dziełem kompozytora, ale stanowi też jego przesłanie do wielu już pokoleń, które odczytywać mogą utwór na wiele sposobów. Wśród nich refleksja natury duchowej – modlitwa – jest pierwszorzędną.

Dzieło drugie – absolutnie nowe, bo miała tu miejsce światowa prapremiera – to „Lux Aeterna” Thomasa Emanuela Corneliusa. Ten młody niemiecki muzyk: kompozytor, instrumentalista, dyrygent podarował bardzo licznej publiczności w Bardzie wytwór nieposkromionej (śmiem sądzić) i niepohamowanej (jak myślę), ale i nieprzeciętnej (co do tego jestem przekonany) zdolności przekładania głębokich osobistych doznań i przeczuć w znaki stawiane na pięciolinii oraz ich wokalnego i instrumentalnego odczytywania. Znajdując się w kilkusetosobowej grupie ludzi mogłem doświadczyć subtelnej, ale jednocześnie perfekcyjnie poprowadzonej próby sklejenia jej ad hoc w mikrospołeczność. Genialnie modelowana synergia chórzystów oraz skala głosów zademonstrowana przez solistów, a wszystko to zanurzone w instrumentalnym oceanarium, zlały się w jeden strumień duchowego i artystycznego światła. Misternie utkane akustyczne cząstki spajały się w jedną genialną tkankę, która – nieco jak ludzka egzystencja: niejednobarwnie i sinusoidalnie  – stopniowo odkrywa czytelny obraz. Już sam tytuł dzieła, które wokaliści, chórzyści i wirtuozi wykonali pod dyrekcją kompozytora, kieruje myśli i uczucia w kierunku tego, co najprawdziwsze, najcenniejsze, najpiękniejsze i wieczne. Przesłanie brzmień zamieniało się w rodzaj światła – słyszalnego i jednocześnie doświadczanego wewnętrznie. Tego tytułowego „Lux Aeterna”.

Wahałem się przez chwilę czy być na tym koncercie. Początek dnia przyniósł bolesną wiadomość i przez dłuższą chwilę miotałem się miedzy tym, aby resztę dnia odnajdować się w ciszy. Po pewnym jednak czasie, chyba nieco instynktownie wybrałem powrót do pierwotnego planu dnia. Oba słuchane wieczorem utwory stały się niejako odpowiedzią na pytania z przedpołudnia. Koncert był swego rodzaju duchową defibrylacją dzięki muzyce mistrzów.