Byłem kilka dni temu obserwatorem wulkanicznego wybuchu kreatywności. Takie zdarzenia – z racji swojej niecodzienności i niezwykłości – mają właściwości magnetyczne. Jeśli dodać do tego, że nie dochodzi do nich tam, gdzie można byłoby się ich spodziewać, lecz w miejscach i środowisku wymykającym się spod pręgierza schematów, wrażenie jest tym mocniejsze.

Muszę jednak w tę notkę wpleść istotną uwagę. Nie lubię, bardzo nie lubię całego bożonarodzeniowego sztafażu marketingowego, jaki z roku na rok coraz szybciej naciera na zmysły. Widząc na sklepowej półce choinkowego krasnala z czekolady pod koniec października (!) odwróciłem wzrok. Mamy koniec listopada i świąteczne utensylia są wszechobecne. Przypuszczam, że w dniu Świętego Mikołaja nie tylko będzie słychać w radioodbiornikach „Last Christmas, I gave you my heart”, a oblicze samotnego Kevina, zaglądać będzie z reklam telewizyjnych. W naszym mieście stoi już na centralnym placu drzewko i tylko patrzeć, gdy zacznie mrugać po ceremonialnym zetknięciu wtyczki z gniazdkiem. Przepraszam za te trywializmy, ale naprawdę staram się wypierać ze świadomości te przedświąteczne błyskotki, aby jak najdłużej zachować ciszę serca przed wigilijną pierwszą gwiazdką.

Tym większe było moje zdziwienie, gdy znalazłszy się w Bardzie, zwanym Miastem Cudów (co poniekąd wiele mogłoby wyjaśnić), zobaczyłem bożonarodzeniowe ozdoby i przeróżne drobiażdżki wykonane ręcznie i – co czyni je jeszcze bardziej wartościowymi – unikatowo. Ktoś wlał w te dziesiątki czy może nawet setki przedmiotów jakąś misterną urodę tego czasu. Stanowiły jakąś mieszankę, a raczej wspólną substancję powstałą z adwentowego pastelu i świątecznej jaskrawości. Wystawione, by podziwiać i kupić, nie traciły utkanej precyzyjnymi ruchami dłoni poruszanych wyobraźnią niezmąconą sztampowymi koleinami. Takich „bazarków” będzie w tych dniach i tygodniach coraz więcej, wiem to, ale ten bardzki (może dlatego, że pierwszy, może dlatego, że nastawiony byłem na niekonwencjonalność i nie zawiodłem się), sprawił mi sporą radość w sercu. Podpatrywałem, jak poszczególni twórcy – wystawcy dopieszczają swoje eksponaty, jak modyfikują po namyśle ich ekspozycje i jak bacznie przypatrują się pomysłom  innych. W oczach tych ludzi, w balecie ich dłoni i niemal teatralnej mimice, gdy skupiali się w układaniu oddanych im do dyspozycji stoisk, dało się zauważyć rodzaj misterium.

„Kulturalny Dizajn Market” w Bardzie był również okazją do wywoływania kreatywnych zachowań u dzieci. Wymyślanie i wykonywanie ozdób świątecznych o tej porze roku to powszechny punkt programu zajęć dla najmłodszych. I oby tak było nadal. Jednak tworzenie tych ozdób z nietypowych materiałów i bez sugerowania pożądanego efektu, sprawia, że aniołki, gwiazdki, żłóbki, zwierzątka oraz Maryję, Józefa i oczywiście Jezusa widzimy zupełnie na nowo. Były też warsztaty rękodzieła dzieci. Dziewczynki i chłopcy wydobywali z glinianych kul kształty stworków, nadawali im imiona i tym samym wyrzucali z siebie fantazję, by nadać jej materialny kształt i podzielić się nią. Jeszcze bardziej spektakularnym polem obserwacji były zajęcia z sensoplastyki. Malowanie dłońmi na lustrach czy paluszkami po kartach papieru z wykorzystaniem najdziwniejszych substancji pomieszanych z barwnikami, dawało małym i większym dzieciom niesamowitą okazję do niezmąconej i beztroskiej twórczości. Tylko dzieci widzą tak wiele w czymś wspaniałym, co dorosłym jawi się jako mało w byle czym. O radości dzieci i entuzjazmie rodziców (głównie mamusie były – ciekawe dlaczego, skoro to była sobota) nie wspomnę szerzej.

Mówcie, co chcecie i piszcie o „Kulturalnym Dizajnie” co chcecie (za kilka dni dam większą relację na Ząbkowice4YOU.pl), ale ja wiem, czego chcę. Chcę podziękować tym, którzy to wydarzenie wymyślili, przeprowadzili i chcę pogratulować małym i dużym kreatorom rzeczy wielkich oraz przeżyć wspaniałych. To był uroczy przedsmak świątecznych cudów.