Coraz częściej słyszy się, że profesjonalizm polityka polega na zbliżaniu się w sposobie działania do biznesmena. Na szczęście w obiegu pozostaje klasyczna definicja określająca politykę jako troskę o dobro wspólne, ale stoi ona jeśli nie w sprzeczności, to w konflikcie z teorią stawiającą polityka w roli przedsiębiorcy. Tak naprawdę spór idzie o coś zupełnie innego…

Rozmawiałem parę dni temu z względnie młodym (znacznie młodszym ode mnie) człowiekiem o tym, co może motywować ludzi do zajmowania się polityką. Zaskoczył mnie na początku swojej wypowiedzi, bo za czynnik skłaniający do aspirowania do kręgu polityków uznał chęć awansu w hierarchii społecznej. Uśmiechnąłem się pod nosem, bo przecież chyba wszystkie sondaże opinii publicznej sytuują polityków na dole drabiny społecznego zaufania i prestiżu. Po chwili zdałem sobie sprawę, iż mój rozmówca ma na myśli zasięg wpływów, jaki osiąga się będąc politykiem. Rozmówca nie zaprzeczył temu, ale jakby chcąc poprawić w moich oczach swój wizerunek, dodał jeszcze jeden walor. To odnosząca się w skutkach do szerszych społeczności możliwość racjonalizowania procesów decyzyjnych, ekonomiczna ich optymalizacja stanowią według niego o magnetycznej sile polityki. Na moją uwagę, że rolą polityka, szczególnie samorządowego, jest inicjowanie czy moderowanie poprawy jakości życia ludzi, rodzin i całej wspólnoty (w tym lokalnej) odpowiedział, że dobrze byłoby przyczyniać się do instalowania firm dających miejsca pracy, by ludzie zależeli bardziej od własnej pracowitości. To ostatnie spostrzeżenie dotykało już tej sfery, która moim zdaniem jest istotą polityki. Mogę zatem przyjąć, że kierunek myślenia mojego rozmówcy, choć wyszedł z dość płytkich założeń (nie kwestionuję przy tym ich zasadności), jest prawidłowy. Potwierdził tylko – mimowolnie raczej – konieczność rozwijania komponentu humanistycznego w formowaniu klasy polityka. Choć ma ideały, to idolem nie będzie.

Kilkanaście dni wcześniej było mi dane rozmawiać z innym – również znacznie młodszym człowiekiem – od szeregu lat czynnym politykiem. Nasze spotkanie nie było nastawione na poważną wymianę opinii, ale dało się zauważyć w nim koncentrację na tym, jak jest postrzegany. Nie sądzę, aby ten rozmówca wykluczał z obszaru swoich codziennych rozstrzygnięć kalkulacje budżetowe czy ramy prawne. Nie można mu odmówić charakterystycznej umiejętności dopasowywania się do nastrojów otaczających go ludzi czy też wpisywania się w ich oczekiwania. W tym względzie dysponuje – rzekłbym – całym arsenałem środków wywierania wpływu i skwapliwie z nich korzysta. Poza ogólnymi frazesami i przeważnie miło brzmiącymi deklaracjami, nie znam żadnej jego wypowiedzi (a jest ich sporo w obiegu) zawierającej jakąkolwiek głębszą refleksję czy jakiś przemyślany koncept / wizję życia publicznego. Jest natomiast dosłownie gęsto od fraz i gestów wynikających z pożądanego przezeń efektu wizerunkowego. Skądinąd skutecznych, skoro unosi się na powierzchni polityki już tak długo. Być idolem to idealny stan dla niego.

Najlepiej przygotowany zawodowo profesjonalista nie staje się przez posiadane wykształcenie i wiedzę politykiem, nawet jeśli jego wiedza i umiejętności są na wysokim poziomie. Może się stać politykiem jeśli podniesie wzrok znad kalkulatora. Nie jest w istocie politykiem ten, kto – choć wykonuje publiczną funkcję – zaabsorbowany jest grą interesów i klientelizowaniem relacji społecznych, aby zachować rolę dostawcy potrzebnych dóbr, a przynajmniej wrażenie, że nim jest. Może się stać politykiem jeśli oderwie wzrok od lustra.

Polityk winien nieustannie widzieć, słyszeć rozumieć i czuć ludzi, za których jest odpowiedzialny, i od których otrzymał mandat zaufania. Rdzeniem jego aktywności powinien być potencjał do kreowania celów, zdolność ich weryfikowania, umiejętność otaczania się mądrzejszymi od siebie i energia do realizowania wspólnie wytycznych planów. Polityk nie musi być idolem, ale musi mieć ideały.