Najlepiej, gdy za wszystko na danym terenie odpowiada jeden gospodarz. Praktycznym tego przykładem są drogi, których zarządcą na terenie miasta nie jest jedynie samorząd gminny, ale kilka innych podmiotów. Ich siedziby znajdują się zarówno w Ząbkowicach, jak i we Wrocławiu i Warszawie.

Drogi: krajowa, wojewódzkie, powiatowe, gminne, wewnętrzne i prywatne – każda ma swojego właściciela, który komuś zleca ich utrzymanie, komuś innemu remonty bieżące, jeszcze komuś innemu ich modernizacje czy przebudowy. Ktoś inny je oświetla, jeszcze ktoś inny serwisuje sygnalizację świetlną lub oznakowanie. Jeśli do tego dodać, że chodniki należą raz do zarządcy drogi, innym razem do różnych właścicieli posesji przylegających do drogi, to powodów do zamieszania jest sporo.

Galimatias z tego powodu jest przeogromny, co najbardziej daje się we znaki porą zimową. Pług jednego zarządcy spycha śnieg na jakimś fragmencie tej samej trasy, po której chwilę później jedzie z podniesionym lemieszem, aby znów go opuścić czy włączyć posypywanie piaskiem i solą na „swoim” odcinku. Zwykły człowiek pęka ze śmiechu albo ze złości, będąc świadkiem tak wymyślnego „podziału” obowiązków służb. Drogowcy są zresztą przedmiotem utyskiwań zimą, gdy odśnieżają (bo śnieg spychają na chodniki) i gdy nie odśnieżają (bo zima tradycyjnie ich zaskakuje niezależnie od ustroju i koloru partii rządzącej). Narzekań nie brakuje latem, bo remontują najważniejsze trasy prowadzące nad morze i powodują korki, Także wtedy, gdy nie budują nowych dróg, którymi można byłoby szybciej z wczasów wrócić. Najbardziej jednak ciśnienie podnosi się, gdy w obszarze miasta co kilkaset metrów mamy do czynienia z innym administratorem ulic i chodników.

Słysząc, że samorząd gminny przejmie wszystkie drogi wojewódzkie w granicach Ząbkowic Śląskich, trzeba wyrażać satysfakcję, że wreszcie spełniają się plany sprzed kilku lat. Wreszcie będzie jeden ośrodek decyzyjny odpowiedzialny za każdą z ulic. Poza „zasięgiem” burmistrza zostaną wprawdzie drogi powiatowe, ale bliskość do starostwa rokuje efektywną współpracę.

Zakładam, że gmina wchłonie drogi wojewódzkie (ulice: Kamieniecka, Kłodzka, Wrocławska, Ziębicka, Legnicka, Staszica, Żeromskiego, Kusocińskiego) w konsekwencji uruchomienia tzw. „obwodnicy” południowo-wschodniej, która wraz z drogą krajową nr 8 umożliwi wyprowadzenie ruchu ciężkich pojazdów z obszaru zabudowy miejskiej. Inwestycja wprawdzie ślimaczy się, ale kiedyś przecież nastąpi jej finał. To warunek pierwszy. Drugim warunkiem jest przyjęcie wspomnianych arterii w stanie co najmniej dobrym (tu szczególnie „kłania się” stan ulicy Kamienieckiej, Kłodzkiej, Ziębickiej, Staszica, Kusocińskiego i Żeromskiego). Jeśli burmistrz „łyknie” te drogi w takim stanie, w jakim się są obecnie, to bardzo długo będziemy czekać na ich modernizację.

Jest jedno „ale” i jednocześnie warunek trzeci. Gmina musi przewidywać w swoich wydatkach całkiem spore kwoty na bieżące utrzymanie wspomnianych ulic. Jeśli cała operacja ma się odbyć w 2014 r., to znaczy, że radni muszą wziąć to pod uwagę uchwalając przyszłoroczny budżet. Być może w chwili, gdy Czytelnicy widzą ten felieton, odbywa się sesja budżetowa i sprawa jest na …dobrej (nomen omen) drodze. Tego sobie życzmy w klimacie mikołajowo-choinkowych marzeń.