„Nie będziesz…”  oraz „pamiętaj…” i „czcij…” – tak „w owych dniach” przemawiał Bóg do człowieka. Ileż jest w tych zwrotach starotestamentalnej proklamacji Dekalogu przeświadczenia, iż człowiek przyjmie zachęty do dobrego działania, że poważnie potraktuje prośbę Boga i wskazówkę dotyczącą swoich przodków. Bóg tak bardzo wierzy w człowieka, bo jest Jego stworzeniem, odzwierciedleniem cech uwieczniających osobę ludzką.

Dlaczego zatem pojawia się w nas… zwątpienie? W którym momencie, choć słyszymy, że Bóg – patrząc na nas – powtarza „nie będziesz…” z taką mocą, jakby nie (!!!) wiedział, że człowiek jednak „…będzie”, pojawia się szczelina oddzielająca spajającą człowieka z Bogiem jedność w ufności? Gdzie ma miejsce początek ludzkie „niepamiętanie” o Bogu? Co sprawia, że miast „czcić” oddalamy się? Uporządkowanie, harmonia, jedność, bezpieczeństwo, to przecież synonimy stanu, w którym koegzystencja człowieka z Bogiem oraz człowieka z człowiekiem nadawałaby nieznanej nam, ludziom – w wyniku ludzkiego sprzeciwu wobec tychże wartości – aury szczęścia.

Jesteśmy nieszczęśliwi, bo… wiemy (być może tę wiedzę wypieramy ze świadomości), że szczęście jest…, ale nie osiągamy go…, bo niczym zamroczeni narkotykiem nieufności, błąkamy się po ziemskich opłotkach niebiańskiego raju. Klęczymy w kościelnej ławce wbijając wzrok w wydeptany klęcznik lub pajęczynę pomiędzy świętą figurką o ścianą, choć to, co czyste i jasne dzieje się w samym centrum świątyni. Bywa, że prostota znaków jest zamglona esamifloresami doraźnych ozdobników, co nie odbiera nam jednakowoż prawa do pomijania ich wzrokiem i słuchem. Czasem uciekamy na pustynię innych miejsc, aby to, gdzie jesteśmy na co dzień, co nas konstytuuje, nie stało się na tyle odpychające, aby nie straciło resztek sensu, by tam wracać z oczekiwaniem na odmianę.

Zdaje się nam, iż jesteśmy niepotrzebni – bo kluje się w nas zwątpienie. Znajdujemy racje uzasadniające autoanihilację – gdyż pączkuje w nas niepewność. Nie ujawniamy tych wewnętrznie bolesnych stanów, bo nawet sami sobie nie umiemy ich objaśnić. Gdybyśmy bowiem umieli tego dokonać, wtedy oczy i uszy, całe ciało i cała dusza poczułyby szczęście. Pomostem – w takich okolicznościach – jest wzrok i słuch osób, których praktyka życia jest oznaczona frazami „nie będziesz…”, „pamiętaj…”, „czcij…” I potrzeba łez, by skrzyżowały się te spojrzenia. I potrzeba ciszy, by siebie wzajemnie usłyszeć. Nawet na poboczu drogi.