Krew mrozi się w żyłach i gotuje na przemian. Łzy same pojawiają się w oczach i zaraz wysychają. Gardło krzyczy i zamiera jednocześnie. Wraca wszystko to, co miało nie wrócić, a co było przeczuwane.

Barbaria – to słowo oddaje w jakimś stopniu to, co można powiedzieć o losie ciał ofiar Tragedii Smoleńskiej. Sprawcy barbarzyństwa, jakim było bezczeszczenie zwłok czy ich szczątków wydobytych z rosyjskiej ziemi wiedzą doskonale, że sponiewierali materię ludzkiego ciała, by podeptać cześć należną ludziom. Rosjanie potraktowali ciała Polaków zgodnie z tym, co myślą o nas. Mimo szacunku, jaki żywię dla bogactwa i duchowości kultury rosyjskiej, nie umiem odnaleźć jej wspólnego mianownika z dzikością i destrukcyjnością rosyjskości. Nie od dzisiaj, nie od 2010 roku, nie od 1940 roku i nie od szeregu wcześniejszych cezur historycznych Polacy wiedzą z własnego doświadczenia, iż Rosja to imperium, że Rosjanie chcą zawładnąć wszystkim, co ich otacza i zatrzymują się tylko tam, gdzie napotkają silniejszych od siebie. W 1610 roku i w 1920 roku napotkali nie tylko skuteczny opór, ale i ofensywę Polaków. Obie daty są dla rosyjskich politologów ością w gardle, a dla rosyjskich polityków przyczyną resentymentu. W 1940 roku Stalin, a w 2010 r. Putin podejmowali decyzje wobec Polski i jej elit mając świadomość historycznych kompleksów.

Katastrofa smoleńska, o której okolicznościach „przed” i „po” nie można powiedzieć, iż zostały wyjaśnione, i o której przebiegu można mówić w kategoriach splotu złych okoliczności włącznie z poziomem zaplanowanych działań czy też zaniechań, wyryła w historii relacji Polska – Rosja ślad nie do zatarcia. Ślad, który analogicznie ze ludobójstwem katyńskim, będzie ciążyć na myślach, uczuciach, sumieniach i wszelkich innych płaszczyznach odniesień pomiędzy Polakami a Rosjanami ciążyć tak długo, aż nie nastąpi pełne odsłonięcie prawdy. Prawdy nie negocjuje się. Do prawdy dochodzi się lub się od niej odwraca.

Drogi do prawdy zamieniają się w głębokie rowy, gdy dowiadujemy się od kilku dni, że zwłoki ofiar były bezczeszczone. Skojarzenia ze sposobem traktowania przez Rosjan ciał zamordowanych w 1940 roku Polaków narzucają się same. To, jak Rosjanie i posłuszni im aparatczycy poniewierali polskimi patriotami po rzekomym wyzwoleniu Polski było nie mniej okrutne i wiemy o tym dzięki żmudnej pracy Instytutu Pamięci Narodowej z prof. Krzysztofem Szwagrzykiem na czele. Odzywa się jakaś atawistyczna dzikość, niemieszcząca się w ludzkich kategoriach natura, która dopuszcza nie tylko do zabijania niewinnych, do eliminowania inaczej myślących wszelkimi dostępnymi metodami, do dręczenia zabijaniem skazanych na śmierć i świadków egzekucji. Dopuszcza także do wyżywania się na zwłokach, a nawet ich szczątkach. Trudno jest znaleźć w normalnej polszczyźnie słowa opisujące to, co niektórzy określają jako zezwierzęcenie. Taki właśnie los spotkał zwłoki ofiar Tragedii Smoleńskiej. Nie miejsce tu na opisy, jakich nie brakuje w mediach.

Jak, w takim kontekście, odbierać wypowiedzi prominentnych osobistości, osób wpływowych, które bagatelizują to okrucieństwo? W jaki sposób reagować na głosy, we własnym otoczeniu, wręcz wyśmiewające czy drwiące z ujawnianych faktów? Czy w ogóle jest sens polemizowania z ludźmi, dla których oczekiwanie szacunku wobec zmarłych i oczekiwanie uszanowania uczuć ich rodzin stanowi pretekst do szyderstw? W przedwojennym kodeksie honorowym zapisana była zasada, że nie należy nigdy „na zniewagę reagować zniewagą”. W Nowym Testamencie powiedziano „zło dobrem zwyciężaj”. Jedno i drugie sformułowanie nie zabrania nazywać zła złem, a zniewagi zniewagą i nie zabrania domagania się prawdy.

FOT: BBC